niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 8

Kiedy się obudziłam, Lauren nie było już w pokoju. Natomiast na stoliku pod oknem leżała tacka z kanapkami i dwie szklanki z sokiem pomarańczowym. Nie było mowy bym potrafiła wytrzymać bez jedzenia choć minutę dłużej, więc od razu zabrałam się do śniadania. Poza tym... chyba bałam się stamtąd wyjść. 
Po godzinie oczekiwania na powrót współlokatorki zdecydowałam, że muszą wziąć sprawy we własne ręce. Ostrożnie otworzyłam drzwi i wyjrzałam na korytarz. Zerknęłam na zegar, który wisiał nad rzeźbionym portalem na jednym końcu. Wskazówka zatrzymała się na godzinie czwartej...
Wolnym krokiem, uważnie nasłuchując, ruszyłam w przeciwnym kierunku. Zauważyłam schody, prowadzące na dół, na plażę. Nie mogłam się powstrzymać i przyspieszyłam. 
Chwilę później spacerowałam już po niemalże białym, czystym piasku, powoli zbliżając się do wody. Znowu mogłam się poczuć zupełnie normalnie. Nie musiałam uciekać, bać się... To było miłe uczucie. 
Nie trwało jednak długo, ponieważ zauważyłam osobę, idącą w moją stronę. Tych czarnych skrzydeł nie mogłam pomylić z nikim innym. Inaya podeszła do mnie z rękami w kieszeniach jeansów i popatrzyła na fale, stojąc kilka metrów od brzegu. Nie odzywała się, więc i ja milczałam. W końcu zaczęłam się czuć nieswojo.
- Przepraszam, że wysz...
- W porządku – przerwała mi. - Martwi mnie inna sprawa.
Zerknęłam na nią, ale wciąż obserwowała wodę. Miała dziwny wyraz twarzy, trochę zamyślony, trochę gniewny, może też nieco uparty. 
- Hmm, jaka? - zagadnęłam, kiedy po kilkunastu sekundach wciąż nie rozwijała tematu.
- Nie masz mocy. To jest jakby... niemożliwe. Chyba, że ty... to tak naprawdę nie ty.
Gwałtownie podniosłam na nią wzrok pełen zaskoczenia. O co jej chodziło?... 
Uśmiechnęła się i skrzyżowała ręce. Po raz pierwszy odkąd tu przybyła spojrzała mi w oczy, ale jej spojrzenie było tak świdrujące, że nie potrafiłam go wytrzymać. 
- Falco wyjaśnił reszcie wasze pochodzenie. Jednak ty, ty nie jesteś jedną z nich. Jedną z nas – poprawiła się po chwili. - Coś nam umknęło i bardzo zastanawia mnie czy ty wiesz o czymś, o czym nie chcesz nam powiedzieć.
Nie wiedziałam jak zareagować. Co miała na myśli?! 
- Ale przecież... Rex mówił, że znaleziono nas tego samego dnia. Porzuconych i... ja naprawdę nie mam o niczym pojęcia. Jeszcze kilka dni temu nawet nie śniło mi się, że moi rodzice to federalni agenci! Jak możesz myśleć, że coś ukrywam! - wykrzyczałam, a moje kanaliki łzowe nie zawiodły i tym razem, obficie zalewając policzki łzami.
- Wierzę ci – powiedziała, gdy próbowałam ochłonąć. - Musimy się dowiedzieć wszystkiego.
- Powiedz mi to, co powiedziałaś reszcie. Proszę, bardzo chcę wiedzieć na czym stoję.
- Hah, nawet ja tego nie wiem. Nie mam pojęcia kim jesteś. Natomiast twoi... przyjaciele... są naszą rodziną. Dokładnie dziećmi wujka Arifa, czyli brata mojego ojca. Kilka miesięcy po ich narodzinach okazało się, że mamy w zamku szpiegów obcej narodowości – amerykanów. Zabrali dzieciaki, czworaczki, po czym ulotnili się zanim ktokolwiek zdołał ich powstrzymać. Nie wiedzieliśmy gdzie są, czy żyją. Dopiero kiedy dowiedzieliśmy się, że z wojskowej bazy uciekli obdarzeni nadludzkimi mocami nastolatkowie... wszystko stało się jasne. No może prawie wszystko. To miał być koniec problemów. Dzieciaki wróciły. Jednak okazuje się, że nie wszystkie. Nie wiem, co stało się z drugą dziewczynką, ale ty nią nie jesteś, więc musimy ją znaleźć.
Zatkało mnie. 

Rozdział 7

Dojechaliśmy do zamku. Nigdy wcześniej nie widziałam na żywo takiego miejsca, a więc teraz robiło na mnie ogromne wrażenie. Nawet odechciało mi się spać, kiedy wysiedliśmy z samochodu i żwawym krokiem przemierzaliśmy dziedziniec w drodze do potężnych, zdobionych wrót. 
Inaya prowadziła nasz pochód, zaś jej brat – Falco, zamykał go, bawiąc się telefonem. 
Dostaliśmy się na Główny korytarz, który w zasadzie bardziej przypominał balkon. Po lewej stronie znajdowały się drzwi do pokoi, po drugiej balustrada i widok na plażę. Nie mogłam oderwać wzroku od intensywnie niebieskiej wody... Dopiero kiedy się potknęłam odzyskałam przytomność umysłu. Lauren pociągnęła mnie za rękę i teatralnie westchnęła, co trochę ostudziło mój zapał do rozglądania się nie tam gdzie trzeba. Skupiłam się na posadzce. 
- Jeden dla panów... - Inaya otworzyła drzwi, a potem podeszła do następnych i je także rozwarła na szerz. - I jeden dla pań. Odświeżcie się, za dwadzieścia minut ktoś przyniesie wam coś do jedzenia. Poprosiłam by przygotowali jakieś ubrania, ale rozmiary pewnie się nie zgadzają. No zobaczymy. W każdym razie kiedy zjecie coś ciepłego, będziecie mogli w końcu się wyspać – powiedziała, zanim się rozeszliśmy.
- A co z wyjaśnieniami? - Keith zapytał twardym tonem. Skrzyżował ręce i popatrzył na nią groźnie.
Poprawiła skrzydła i uśmiechnęła się w dziwny, złośliwy sposób. 
- O wszystkim, no może prawie wszystkim, dowiecie się w swoim czasie. Naszym zadaniem jest utrzymać was przy życiu, więc pozwól, że tym właśnie się zajmiemy.
Falco uznał rozmowę za skończoną, więc ruszył przed siebie. Po chwili dogoniła go Ina, a my jedynie wymieniliśmy spojrzenia, zgadzając się z tym, że przede wszystkim musimy odpocząć. 

***

- Zajmuję łazienkę! - krzyknęła Lauren, kiedy tylko zamknęłam za nami drzwi.
W sumie... pasowało mi to. Miałam chwilę, by pozachwycać się naszym pokojem. Chociaż prawie wcale nie urządzony – prezentował się niesamowicie! Ściany i posadzka zrobione były z dziwnego, jasnobrązowego kamienia. Wszystko w pomieszczeniu było starannie zharmonizowane.  Pod ścianą stały dwa solidne i duże łóżka z mnóstwem uroczo ułożonych poduszek. Świeża, biała pościel została przykrywa futrzanymi kocami. Usiadłam na jednym z nich i pogłaskałam materiał. Pewnie nie uległabym pokusie położenia się i wtulenia w niego, gdyby nie okno. Wielkie okno, za którym miałam widok na część miasteczka oraz wspaniałe jezioro. 
Przez kilka minut badałam wzorkiem okolicę. W końcu usłyszałam, że prysznic przestał działać, więc domyśliłam się, że Lauren zaraz wyjdzie. Nie nastąpiło to aż tak szybko...
- Ona mówiła, że mamy jakieś nowe ciuchy? Rozejrzysz się? - zapytała, wychylając się z łazienki w ręczniku.
Nie leżały nigdzie na wierzchu... Najlogiczniejszym wyborem była szafa i jak się okazało był to strzał w dziesiątkę. Dwie proste sukienki, kilka pras spodni, koszulki, swetry. Wybrałam coś i zaniosłam blondynce. 
Później sama mogłam się w końcu umyć. Dopiero gdy weszłam pod prysznic obejrzałam pomieszczenie. Bardzo ładne i bardzo... białe. Szampon o zapachu mango zdecydowanie poprawił mi humor. Ubrałam się i dokładnie wytarłam włosy. W wyposażeniu nie było suszarki. 
Lauren zasnęła, więc cichutko wślizgnęłam się do swojego łóżka, zagłębiłam w tych wszystkich mięciutkich poduszkach, przykryłam puszystą pierzyną... Poczułam się szczęśliwa i bezpieczna. 

sobota, 14 marca 2015

Rozdział 6

Inaya i Rex oddalili się by porozmawiać. Keith stał oparty o maskę samochodu, w którym siedziałam razem z Lauren. Blondynka podała mi  połowę snickersa, które znalazła w schowku. Co prawda był przeterminowany, ale tylko o dwa dni, więc zdecydowałyśmy się zaryzykować. 
Minęło kilka długich minut zanim Rex do nas wrócił. Miał dziwną minę i sama nie byłam pewna co to oznacza. Milczał aż do momentu, w którym wyjął kluczyki ze stacyjki i kazał nam opuścił auto. Posłusznie stanęłyśmy na płycie lotniska, cały czas bacznie go obserwując. Keith wywrócił oczami i pchnął go ze złością.
- Możesz nas w końcu poinformować co się dzieje? - warknął, kiedy już zwrócił na siebie uwagę bruneta.
- Lecimy z nią – odparł, zamykając samochód.
- Co?... Jak to?! Nie znamy jej! Jak możesz decydować za nas wszystkich!? - nie poddawał się. Keith był naprawdę zdenerwowany i wszczęcie bójki było jedynie kwestią czasu. Nie bardzo wiedziałam co zrobić, a Lauren także nie kwapiła się do złagodzenia sytuacji.
Wtedy pojawiła się ta dziewczyna, Inaya. Podeszła do nas ze stoickim spokojem i silnie złapała blondyna za rękaw kurtki, po czym odciągnęła go na bok. 
- Nie możemy je zaufać, ale ona coś wie i na bank nie trzyma z tamtymi, więc trzeba to sprawdzić, jasne? - szepnął z rozdrażnieniem Rex, korzystając z tego, że tamci nas nie słyszą.
Wymieniłam spojrzenia z równie niepewną Lauren i obydwie skierowałyśmy się w stronę niewielkiego samolotu osobowego. Drzwi były otwarte, prowadziły do nich schodki. Kiedy tylko przekroczyłyśmy próg, zapaliło się światło. Obejrzałam się za siebie. Chłopak szedł zaraz za nami, a pozostała dwójka poważnie rozmawiała o czymś na zewnątrz. Objęłam się ramionami, nie wiem już sama czy bardziej ze strachu czy z zimna. Wieczór był chłodny. 
Lauren przeszła się między dwoma rzędami foteli obitych skórą. Wszystko było tu takie... eleganckie i nieskazitelne. Lampki emitujące delikatne, białe światło tylko potęgowały ten efekt. Dziewczyna zajęła miejsce na jednym z dalszych siedzeń. Dołączyłam do niej. Rex trzymał się blisko, ale nie wolał wybrać przeciwny rząd, skąd miał lepszy widok na zamkniętą kabinę pilota. Krótko po tym do maszyny wszedł nieco przygaszony Keith. Inaya pojawiła się dopiero po kilku sekundach. Wielkie skrzydła widocznie utrudniały jej przechodzenie przez drzwi... Kiedy już szczelnie zamknęła śluzę, zapukała do wrót kokpitu. Skuliłam się na fotelu, słysząc jak otwierają się zasuwy i skrzypią zawiasy. Z małego pomieszczenia wyjrzał chłopak z jasnymi, potarganymi włosami i dziwnie niepokojącymi, ciemnymi oczami. Omiótł nas spojrzeniem i zaprosił brunetkę do środka. Kilka minut później głos Inayi, dochodzący z głośników, poprosił nas o zapięcie pasów. Wystartowaliśmy. Zrobiło się cieplej, ale wciąż drżały mi dłonie. Chyba już nigdy nie przestanę się trząść... Lauren przyjaźnie szturchnęła mnie ramieniem i uśmiechnęła się. 
- Będzie dobrze.
Chciałabym móc w to uwierzyć. 

***

Musiałam przysnąć... Obudziło mnie wyjątkowe ostre słońce. Nie potrafiłam otworzyć powiek, dopóki nie przykryłam ich dłońmi. Lauren poprawiła się na fotelu, przez cały czas blokowałam jej ramię. Chyba nie chciała mnie obudzić. Po chwili przyzwyczajania się do światła popatrzyłam na widok za oknem. Przestraszyłam się widząc wodę. Tylko woda... 
- To ocean? - zapytałam z zaskoczeniem. - Grze jesteśmy?...
- Ina nie chce nic mówić. Twierdzi, że nie mogłaby zapewnić nam bezpieczeństwa, jeśli będziemy znali położenie „miejsca docelowego”... - swoją wypowiedź Lauren zwieńczyła efektownym prychnięciem.
- Miło było was znać. Wywożą nas gdzieś... Zobaczycie, że wpadliśmy jak te...
- ...śliwki w kompot? - przerwał Keithowi Rex. - Czasami trzeba zaryzykować.
Nie byłam pewna czy w tym przypadku to ryzyko wyjdzie nam na dobre. Nie znaliśmy tych ludzi. Jednak z drugiej strony... ona ma skrzydła.
Na horyzoncie pojawił się ląd. To była naprawdę duża wyspa, w której centrum znajdowało się miasto. Trochę dalej znajdował się niesamowity zamek... Nie mogłam oderwać wzroku od tej majestatycznej budowli. Pilot usadził maszynę na małym lotniku niedaleko zabudowań. Zadrżałam, gdy Inaya otworzyła drzwi, a wnętrze napełniło się zimnym powietrzem. Wyczuwałam dziwny, egzotyczny zapach.
- Chodźcie – powiedziała.
Nie bardzo mając wybór wstaliśmy z miejsc i udaliśmy się za nią. To miejsce było naprawdę piękne. Sprawiało, że przez chwilę mogłam zapomnieć o tym, co wydarzyło się ostatnio w moim życiu. Morska bryza, mewy, latające nad naszymi głowami, wschód słońca... Żwirową alejką, która wychodziła z lasu, czy może trafniejszym było by określenie tego dżunglą, wyjechał terenowy wóz z odsłoniętym dachem. Za kierownicą siedział starszy człowiek z zauważalnymi zakolami. Był ubrany w eleganckie ubrania, w tym czarną marynarkę. Zatrzymał się kilkanaście metrów od samolotu, z którego zdążyliśmy już wyjść z komplecie. 
- Jak dobrze widzieć panienkę w domu – powiedział ojcowskim tonem. - Proszę książęcej mości – zwrócił się do pilota, wskazując auto - kucharki czekają ze śniadaniem.
Chłopak skinął głową i zaprowadził nas do samochodu, gdy Inaya wymusiła uśmiech. Mężczyzna stanął prosto jak struna, po czym delikatnie się ukłonił. Kiedy ruszyliśmy w stronę, z której wcześniej nadjechał, wszedł do samolotu. 
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to jakich słów użył. „Książęca mość”? Co to miało znaczyć? Nie miałam siły by nad tym pomyśleć... 

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 5

Wynajęliśmy jeden czteroosobowy pokój. To było najtańsze rozwiązanie, a my mieliśmy tylko to, co Rexowi udało się ukraść. Dwa dwuosobowe łóżka okryto wściekle różowymi kocami... Usiadłam na fotelu pod oknem, czekając na swoją kolej w łazience. Starałam się nie zasnąć, jednak byłam tak zmęczona, że w końcu zamknęłam oczy i odpłynęłam do krainy snów. 
Nagle obudził mnie hałas... To było jak potężne uderzenie czymś twardym o drzwi. Zerwałam się na równe nogi, a Lauren i Keith stali już pod ścianą, nasłuchują. Na korytarzu rozniosły się szybkie kroki ciężkich butów. 
- Znaleźli nas! - spanikowała blondynka.
Złapałam się szafki, aby nie osunąć się na podłogę ze strachu. Byli coraz bliżej, a my nie mieliśmy żadnej sensownej drogi ucieczki. Żałowałam, że w ogóle uciekłam. Pomyślałam, że teraz będzie gorzej, ponieważ są na nas wściekli za to co się stało. Chciałabym wyjść z pokoju i poddać się, ale nie potrafiłam zrobić choćby kroku.
Rex wyskoczył z łazienki i bez zastanowienia otworzył okno.  Wyjrzał na podwórko, oceniając odległość. To było trzecie piętro.
- Nie tak źle, lecimy!
Pozostali oświeceni tym pomysłem zebrali się przy parapecie. Lauren wyprosiła by być pierwszą, używając telekinezy jakoś sobie poradziła. Dalej był Keith. To trwało zaledwie kilka sekund. Tamci już ustawiali sprzęt przy drzwiach... Popatrzyłam na Rexa, zawstydzona tym, że znowu trzeba mnie ratować bo nie mam mocy. Nie wyglądał na rozzłoszczonego, bardziej martwił się o to, czy poradzi nas oboje. Kazał mi skoczyć i obiecywał, że mnie złapie, ale coś powstrzymywało mnie przez zaakceptowaniem tego. Nie mogłam mu aż tak zaufać. Wiedziałam, że działanie tych zdolności nie zależy w stu procentach od niego. 
- Katherine, pospiesz się! - warknął w końcu.
Nie miałam tyle odwagi by się mu sprzeciwić, dlatego wskrobałam się na drewniany parapet, ale gdy popatrzyłam w dół stwierdziłam, że bardziej boję się wysokości niż kosmity. 

***

- Falco! - krzyknęła wysoka brunetka do słuchawki w uchu. Pokręciła głową, robiąc porządek z grzywką i przeładowała pistolet. Ostrożnie zerknęła na to, co dzieje się przy drzwiach hotelu, wychylając się zza ściany.
- Dobra, dobra... Już mam, siostrzyczko. Musisz się pospieszyć, zaraz wyważą drzwi – odpowiedział, mówiąc nienormalnie szybko. Jednak dziewczyna zdołała go zrozumieć bez problemów.
Wyszła na dziedziniec i oddała dwa szybkie strzały do pary strażników, pilnujących wejścia. Nie zdążyli nawet zareagować, gapiąc się na jej ogromne, czarne skrzydła.  
Weszła do budynku i pobiegła schodami na górę. Ciesząc się z efektu zaskoczenia zastrzeliła pozostałych najemników, którzy przygotowywali się do wejścia i porwania czterech uciekinierów. Upewniła się, że wszyscy nie żyją i użyła ich sprzętu, by dostać się do środka. W pokoju nie było już nikogo, a wyjaśnienie tego zjawiska nadeszło wraz z podmuchem wiatru, który podniósł firankę i ukazał otwarte okno. 
- Uciekli – powiedziała, przyciskając palec do guziczka w słuchawce.
- Okeeeej, zaraz ich znajdę. Powiemy im, że mają chipy namierzające?
- Nie, może za jakiś czas.
- Kierują się na północ, muszą jechać samochodem, bo poruszają się dość szybko. Włamie się do satelit, ale goń ich już.
- Jasne.
Dziewczyna wyskoczyła na świeże powietrze, rozwijając skrzydła. Szybko rozwinęła prędkość i po kilkunastu minutach kierowania się wskazówkami brata odnalazła czarną hondę, pędzącą pustą drogą. Uśmiechnęła się pod nosem i wylądowała na dachu. Natychmiast wyciągnęła się i wbiła w maskę dwie duże, elektryczne igły. Dzięki nim Falco dobędzie kontrolę nad pojazdem. 

***


Skuliłam się na siedzeniu i popatrzyłam w górę. Nie widzieliśmy co się dzieje, na dachu ktoś był. Pojawił się znikąd! Rex nie mógł poradzić sobie z autem, a w przedniej części pojazdu utkwiły dziwne urządzenia, świecące rażącym blaskiem. 
- No jasna cholera! - krzyknął, desperacko kręcąc kierownicą.
Samochód jechał jak chciał, zachowywał się jak zbuntowany wierzchowiec. Nagle gwałtowanie skręciliśmy na pobocze i przecięliśmy ogromną łąkę z wielką prędkością. Umierałam ze strachu, a gdy popatrzyłam na Lauren byłam pewna, że ma takie same wrażenia z tej przejażdżki. Jedynym plusem było to, że poruszaliśmy się prosto. Rex, nawet kiedy chciał, nie potrafił zakręcić. Kierownica nie reagowała. A na dachu wciąż wierciło się jakieś stworzenie...
- Co do...
Wjechaliśmy na małe, opuszczone lotnisko. Nie było tu żadnego budynku, a jedynie pas startowy i niewielki, biały samolot ze złotym napisem „Libretta die Atlantis”. Auto zatrzymało się tak gwałtownie, że poczułam zjedzoną na kolację drożdżówkę w gardle. 
Przez kilka sekund panowała pełna napięcia cisza. Czekaliśmy na ruch pasażera na gapę, a on najwyraźniej oczekiwał tego samego od nas. W końcu zeskoczył z dachu i stanął przed maską. Było zupełnie ciemno, ale światło reflektórów pozwoliło nam dojrzeć twarz osobnika. To była młoda kobieta z czarnymi włosami i grzywką, w czarnym stroju i z... czarnymi skrzydłami?
- Boże... czy ona ma... - zaczął Keith, ale zanim zdołał dokończyć dziewczyna energicznym krokiem podeszła do drzwi kierowcy, które się odbezpieczyły, i odtworzyła je. Nasze pasy także samoistnie się odpięły...
- Wychodźcie. Musimy uciekać – powiedziała głosem wypranym z emocji.
Byłam zbyt przerażona by spełnić jej prośbę. Cała drżałam i prawie nie oddychałam.
- Kim, do diabła, jesteś?! - wykrzyczał Rex, zaciskając dłonie w pięści. Nikt nie ruszył się z miejsca.
- Mam na imię Inaya. Nie bójcie się mnie. Wszyscy jesteśmy tacy sami... jeśli wiecie co mam na myśli. 

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 4

Odczepiliśmy spadochrony i zdjęliśmy uprzęże. Wszystko dokładnie złożyliśmy i schowaliśmy pod skałami. Gdyby ktoś przelatywał nad polaną i zobaczył gigantyczne, czarne płachty, mógłby się tym niepotrzebnie zainteresować. Ruszyliśmy na zachód, czyli tam, gdzie powinni się znajdować Lauren i Keith.
W milczeniu przedzieraliśmy się przez las, nienaruszony przez działalność człowieka. Na ledwo dostrzegalnych ścieżkach widać było jedynie ślady zwierząt.
- Co dalej? - zapytałam, gdy już zebrałam się na odwagę by zacząć z nim rozmowę.
- Póki co musimy znaleźć resztę, a potem... zobaczymy. - Ciężko westchnął.
Dopiero podczas tej wędrówki zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem głodna. Nie jadłam nic od śniadania, a słońce powoli zachodziło już za horyzont. To oznaczało coś jeszcze – zaraz nadejdzie noc. Noc w samym sercu lasu, bez namiotów, jedzenia i sprzętu nie mogła być miłą przygodą. Chciało mi się płakać na samą myśl o tym, ale wystarczająco bardzo wstydziłam się akcji w samolocie...
Zatrzymał się. Prawie na niego wpadłam, ale w porę złapałam się drzewa. Niebo pokryło się już odcieniami szarości, więc widoczność była ograniczona. Wyostrzył nam się słuch. To był dźwięk jaki wydaje ktoś, kto właśnie nieostrożnie przeszedł po pełnej szyszek drodze. Miałam szczerą nadzieję, że to jakiś niewielki zwierzak. Skuliłam się przy sośnie, oddychając bardzo powoli.
Chłopak w zwolnionym tempie podniósł z ziemi solidny kij i rozejrzał się po okolicy. Ten dźwięk się już nie powtórzył. Natomiast po lesie rozniosło się głośne i piskliwe„nożesz kurde!” w wykonaniu Lauren. Odetchnęłam z ulgą.
- Żyjesz?! - krzyknął mój towarzysz.
- Nie zupełnie – jęknęła z odległości mniej więcej stu metrów.
Ruszyliśmy w jej kierunku. Widok dziewczyny w spadochroniarskich umundurowaniu z koniuszkiem gałęzi przebitym przez brzuch nie był czymś, czego w tamtej chwili potrzebowałam. Powstrzymałam mdłości. Starałam się unikać patrzenia w tamtą stronę, ale to nie było łatwe. Sama Lauren miała rozmazany od łez makijaż i przesiąkniętą krwią koszulkę i spodnie.
- Rex? Katherine? To wy? - zapytała, mrużąc oczy.
Ciemność nie ułatwiała jej rozpoznania twarzy.
- Tak, nie ruszaj się. - Chłopak odrzucił kij i szybko do niej podszedł by obejrzeć ranę. To chyba nie wyglądało dobrze.
Podeszłam bliżej i przyjrzałam się temu, chociaż chyba nie powinnam...
- Musimy cię stąd ściągnąć...
- To boli...
- Wiem, ale nie ma wyjścia. Na trzy. Raz... - Złapał ją za ramiona.
- Nie! Nie... Daj mi chwilę...
Westchnął. Po kilku sekundach spróbował ponownie i tym razem zignorował jęki dziewczyny. Tkwiła tam od kilku godzin, nie wytrzymałaby by już długo... Krzyknęła z całej siły, kiedy gałąź wysuwała się z jej ciała. Kiedy była już wolna, rozpłakała się z bólu, a Rex mocno ją przytulił. Nie wiedziałam co powinnam zrobić, więc tylko stałam tam i patrzyłam.
Zrobiliśmy dla niej nosze z gałęzi, nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt długi odpoczynek. Szliśmy dalej, choć dużo wolniej. Zrobiło się bardzo ciemno i ciężko było znaleźć drogę, ale dawaliśmy sobie radę.
Pół godziny później znaleźliśmy Keitha który wyszedł nam naprzeciw. Po skoku bezpiecznie wylądował i od razu ruszył na poszukiwania reszty grupy. Zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem, by odsapnąć.
- Co dalej? - zapytał brunet. - Samolot na pewno się gdzieś rozbił i nawet jeśli w promieniu iluś tam mil nie ma żadnego domu, to i tak niedługo wypatrzą go samoloty czy ktoś tam...
- Przede wszystkim: wydostańmy się z lasu. Znajdziemy jakieś miasto, cokolwiek, i zorientujemy się w sytuacji.
- Jak się czujesz? - zapytałam, widząc, że Lauren wykrzywia twarz mocniej niż przez ostatni kwadrans.
- Goi się – odpowiedział za nią Rex, a widząc moje zdziwione spojrzenie, wyjaśnił: - kolejna zaleta bycia... no wiesz, nami. Rany się goją. Może nie w zastraszającym tempie i to cholernie boli, no ale jednak.
Cicho westchnęłam. Nie miałam pojęcia kiedy będę mogła się pochwalić samoregenerującym się ciałem, ale chyba powoli zaczynałam tego naprawdę chcieć. Po kilku minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Strasznie bałam się nocnych dźwięków, ale starałam się to ukrywać. Chyba dobrze mi szło.
*
Nad ranem nie czułam już nóg. Przez całą noc szliśmy i tylko czasami przystawaliśmy na złapanie oddechu. Lauren mogła już swobodnie chodzić, a po ranie nie został nawet drobny ślad.
Koło południa las zaczął się przerzedzać, a godzinę później zobaczyliśmy coś pięknego – małe miasteczko! Nie sądziłam, że kiedykolwiek ucieszy mnie taki prozaiczny widok, ale w tamtym momencie mogłam skakać ze szczęścia. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu.
- Pewnie nas szukają... - powiedziała Lauren. - Myślicie, że rozesłali jakieś listy gończe czy coś?
- Może pokazują zdjęcia w telewizji. Tym bardziej, że myśliwiec musiał rozbić się niedaleko.
Zapanowała chwila milczenia, którą przerwał Rex.
- Pójdę sam i spróbuję zwinąć ze sklepu ile się da. - Założył kaptur kurtki na głowę i zanim zdążyliśmy zareagować, zbiegł po stoku.
- Ma racje, jeśli szukają to całej czwórki, jeden obcy może nie zwróci aż takiej uwagi...
Mniej więcej po piętnastu minutach, chociaż bez zegarka ciężko ocenić czas, blondynka niespokojnie drgnęła, a potem wstała z klęczek.
- Chce żebyśmy zeszli i skierowali się w stronę drogi, zdobył samochód.
Keith natychmiast podniósł się z ziemi i i ruszyli, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że nie idę razem z nimi. Popatrzyli na mnie.
- Jak ci to powiedział? - zapytałam, choć się domyślałam. - Nie było mowy o żadnej telepatii... - Nerwowo skrzyżowałam ręce.
- Nie używaliśmy jej wobec ciebie, nie martw się, a teraz chodź, bo tracimy czas. - Keith uznał rozmowę za skończoną i tylko bardziej przyspieszył.
Chcąc nie chcąc musiałam trzymać się blisko.
Zauważyliśmy czarną hondę, stojącą na poboczu jakiś kilometr od miasteczka. Rex otworzył nam drzwi i czym prędzej ruszyliśmy w drogę... nikt z nas nie wiedział dokąd właściwie ona prowadzi.
Z tyłu, gdzie siedziałam z Lauren, znajdowało się kilka drożdżówek i butelka wody, a także dwie farby do włosów i jakieś narzędzia.
- Jesteś niezły w te klocki – przyznała blondynka, przeglądając rzeczy.

Bak był pełny, więc nie musieliśmy martwić się benzyną. Pędziliśmy na wschód, w drodze delektując się zdobyczami. Kiedy zaczęło się ściemniać, zatrzymaliśmy się w najbliższym mieście – Davenport w stanie Iowa. Rex zostawił nas przed tanim pensjonatem, a sam pojechał ukryć auto. 

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 3

Schowałam trzęsące się dłonie do kieszeni, a rozpływające się po ciele gorąco tylko przyspieszało oddech. Serce biło jak szalone i tylko twarde kości powstrzymywały je przed wydostaniem się z klatki piersiowej.
Nikt nie odważył się odezwać. Liczyło się tylko to, byśmy w jak najkrótszym czasie oddalili się od tamtego miejsca na jak największą odległość.
Przerażona kolejnymi turbulencjami sprawdziłam pas bezpieczeństwa, ale wydawał się być zapięty w porządku. Ciężko przełknęłam ślinę i nie kryjąc strachu popatrzyłam na Lauren. Ona również wyglądała na poważnie spłoszoną. Tak samo jak tamci dwaj, siedzący za sterami myśliwca.

*

- Mamy problem. Nie bardzo umiem lądować – odezwał się blondyn, powodując u mnie atak paniki. Lauren zauważyła to i złapała mnie za rękę.
- Jesteś w cholerę subtelny, Keith – warknęła.
- Sorki...
Zapanowała chwila ciszy. Właściwie nie zupełnej. Myśliwiec cicho szumiał i co jakiś czas trzeszczał, albo pikał... Skupiłam się na tych dźwiękach, odpychając złe myśli.
- Co zamierzasz z tym zrobić?! - krzyknęła poirytowana. Jej uścisk na mojej dłoni znacznie wezbrał na sile, przez co pisnęłam z bólu. Nawet nie usłyszała. - Mówię do ciebie! Keith!
Keith starał się zebrać myśli. Siedział nad konsolą i intensywnie rozmasowywał skronie. Szeptał do siebie, ale nie potrafiłam rozróżnić słów.
Lauren wzięła kilka głębokich oddechów, wyciszając się. Póki lecieliśmy, wszystko było w porządku. Mieliśmy chwilę na przemyślenie sytuacji i znalezienie odpowiedniego rozwiązania. Brunet zwrócił uwagę na kilka kontrolek, które zaświeciły się na złowrogi, ciemnoczerwony kolor. Szturchnął kolegę w ramie i pokazał swoje odkrycie. Nie znałam się na lotnictwie, ale wiedziałam, że to nie oznacza nic dobrego.
- Musimy szybko zejść na ziemie – powiedział blondyn, zwinnie unikając morderczego spojrzenia Lauren. - Kończy się paliwo. Nie wiem ile mam czasu... Maksymalnie dziesięć minut...
- Skąd wiesz, może spadniemy już za trzy! Zrób coś! To był twój plan!
- Cóż, jeśli spadniemy, to rozwiąże problem z lądowaniem... - odparł, siląc się na obojętny ton, ale jego głos drżał.
Podkurczyłam nogi pod brodę. Chyba wolałabym być w laboratorium... Przynajmniej moja śmierć będzie spektakularna... Powiodłam wzrokiem po moim towarzyszach. Każdy z nich ukrywał prawdziwe emocje, a przynajmniej starali się to robić, by dodatkowo nie straszyć innych. Słone łzy potoczyły się po moich policzkach. Wyczuwałam je bardzo dokładnie. Jedna za drugą.
- Co z tym... tą... telekinezą?... - powiedziałam nieśmiało, podnosząc wzrok. - Przesunąłeś tych ludzi... Nie możecie posadzić myśliwca...?
- To nie takie proste – odparł brunet, kurczowo zaciskając palce na podłokietnikach fotela. - To ustrojstwo jest za ciężkie. Nawet gdybyśmy spróbowali wszyscy razem... nie udało by się – wyjaśnił. Było mu ciężko. Nie chciał się poddawać, ale w tej sytuacji...
Lauren odpięła pasy i wstała, chwiejnie kierując się na tył maszyny.
- Hej! Co robisz?! - warknął ten sam chłopak, ale gdy usłyszeliśmy charakterystyczne odgłosy pozbywania się zawartości żołądka – zniesmaczony odwrócił się do okna.
Kolejna chwila milczenia. Zdawałoby się, że czekając na śmierć człowiek chciałby się podzielić swoimi przemyśleniami. Powiedzieć o tym, o czym nie miał odwagi mówić za życia. Ale nie. My wszyscy milczeliśmy jak posągi na cmentarzu. Tak jakbyśmy byli już po drugiej stronie.
- Spadochrony! - krzyknęła Lauren! - Mamy spadochrony!
Wymieniliśmy spojrzenia, a brunet natychmiast udał się na tył, by sprawdzić znalezisko.
- Mamy sześć pięknych, nowiuteńkich spadochronów! - zaszczebiotała blondynka, wracając na fotel.
Tymczasem tamten chłopak sprawdził ich użyteczność. Okazały się być sprawne. Założyliśmy je zgodnie z instrukcją, a potem ten pomysł jakby... zdechł. Staliśmy przed szczelnie zamkniętymi drzwiami w myśliwcu na autopilocie i patrzyliśmy się na siebie, przeczuwając, że nikt z nas nie da rady pokonać lęków i skoczyć. Nikt z nas nigdy tego nie robił. Nikt nie wiedział czy przeżyjemy. Ale... zostając w maszynie mamy jeszcze mniejsze szanse...
- Dobra – Keith przerwał nieznośną, pełną napięcia cieszę. - Musimy to zrobić. Zostało co najwyżej kilka minut...
Nikt nie odpowiedział. Chłopak walczył sam ze sobą, aż w końcu podjął wewnętrzną decyzję i odblokował drzwi. Do środka wdał się niemożliwie silny wiatr. Złapałam się metalowej barierki tak jak pozostali. Przylgnęłam do ściany.
Wyskoczył. Tak po prostu, jakby robił to wcześniej, chociaż twierdził, że nie miał takiej okazji. Musieliśmy się spieszyć, aby nie wylądować zbyt daleko od siebie. Lauren niemal natychmiast powtórzyła jego wyczyn.
Zdałam sobie sprawę z mojej słabości.
To znaczy już wcześniej wiedziałam, że nie jestem w stanie podołać wielu rzeczom, ale teraz czułam się okropnie słaba. Jakbym nie potrafiła zrobić nic. Zaciskałam dłonie na metalowej rurze, wbita w kąt wydzielonego pomieszczenia, po twarzy spływały mi hektolitry łez, a wiatr targał włosy tak, że nie wiedziałam już nic. Nie chciałam nic widzieć! Nie chciałam nic czuć! Chciałam żeby to się skończyło! Już! Teraz! Natychmiast!
- Nie, nie, nie, nie mogę, nie dam rady... - mówiłam chaotycznie, nawet nie zdając sobie sprawy kiedy moje myśli przerodziły się w słowa. Krztusiłam się powietrzem, nie mogłam oddychać, dusiłam się.
- Nie możesz tu zostać – powiedział ten chłopak. - Musimy iść.
Objął mnie, poświęcając kilka sekund na uspokajanie mnie, ale samolot zaczął tracić wysokość. Zamiast zwykłych kontrolek, przy sterach rozległ się alarm. Brunet zdecydowanym gestem odczepił mnie od barierki i ignorując moje wierzganie i dziką histerię, wyskoczył z maszyny, złapawszy mnie tak silnie, że nie miałam nawet możliwości by się ruszyć.
To dziwne, ale opuściła mnie wówczas panika. Kiedy znalazłam się w powietrzu, wszystko stało się inne. Takie klarowne, czyste, może nawet bezpieczne.
Niestety wszystko wróciło, kiedy zdałam sobie sprawę z jak wielką prędkością zbliżamy się do ziemi.
Pociągnął za linki, a nasze spadochrony otworzyły się prawie jednocześnie. Były wielkie i czarne, zamknęłam oczy nie chcąc patrzeć na to, co będzie działo się dalej.
Ale wszystko było w porządku. Bałam się szczególnie tego, że wylądujemy na skałach lub nabijemy się na szczyty sosen, ale los nam sprzyjał i wygodnie ułożył nas na porośniętej gęstą trawą łące. Nie potrafiłam podnieść powiek. W ciszy analizowałam sytuację. Nic mnie nie bolało. Czułam pod bijące serce chłopaka. Żył, żyliśmy, misja zakończona sukcesem.
Jednak przypomniałam sobie, ze to wcale nie koniec. To był dopiero początek.

środa, 7 stycznia 2015

Rozdział 2

Drzwi otworzyły się z cichym szumem, więc podniosłam się na łokciu, by sprawdzić kto przyszedł. Nie spodziewałam się zobaczyć tej blondynki... Dziewczyna, która siedziała wraz z dwójka chłopaków w sali pełnej stolików miała bardzo wystraszoną minę. Rozejrzała się, stojąc na progu, a potem pospiesznie weszła do środka.
- Musimy uciekać – powiedziała, ciężko przełykając ślinę.
- Co się dzieje? - zaniepokoiłam się.
Nie wiem, który już raz wypowiedziałam to samo pytanie. Przez ostatnie dwanaście godzin pytam o to bez przerwy...
- Nie ma czasu, musimy stąd uciekać. Nie znam cię, ale musisz mi zaufać.
Mówiła prawdę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Złapała mnie za rękę, zanim jeszcze zdołałam postawić stopy na ziemi i błyskawicznie wybiegłyśmy z pomieszczenia. Biały i jasny korytarz był pusty. Mój pokój był jednym z wielu.
- Proszę, powiedź mi o co chodzi – zwróciłam się do niej.
- Obiecuję, że wszystko wyjaśnię, ale nie jesteśmy tu bezpieczni. Rex i Keith próbują dostać się do hangaru.
- Naprawdę chcecie uciec... - Zatrzymałam się gwałtownie i popatrzyłam na nią, nawet nie starając się ukryć strachu.
- Próbuję cię ratować i byłoby miło gdybyś jednak współpracowała.
- Nie wiem co jest grane! Nie wiem dlaczego tu jestem! Nie wiem co się dzieje! Nie wiem... nie wiem o niczym... - Niespodziewanie wybuchnęłam płaczem.
Blondynkę trochę to uspokoiło. Podeszła i przytuliła mnie do siebie, głaszcząc po plecach. Czułam jak bardzo bije jej serce.
- Też się boisz, prawda? - wydukałam.
- Wszyscy się boimy. Nie możemy tu zostać – przemówiła łagodnie.
Nie powinnam jej była oceniać tak pochopnie. Może miała na sobie kilogramowy makijaż i kolorowe, modne ubrania, ale była w porządku.
Pokiwałam głową.
Natychmiast ruszyłyśmy dalej najpierw marszem, a potem ruszyłyśmy biegiem. Zdawało się, że dziewczyna dobrze wie dokąd się kierować i trochę mnie to zastanowiło. Ostatecznie jednak nie miałam czasu na przemyślenia i podążałam za nią, licząc na to, że nie stanie mi się nic złego.
W pewnym momencie stanęła jak wryta i mocno popchnęła mnie na ścianę. Chciałam krzyknąć, ale zasłoniła mi dłonią usta, drugą ręką dając znak, że mam siedzieć cicho. Wskazała na dwóch ochroniarzy, którzy podążali prostopadłym korytarzem.
- Jestem Lauren – szepnęła, uśmiechając się słabo.
- Katherine.
Kilkanaście sekund później znowu byłyśmy w drodze. Labirynt jednakowych ścian i sufitów nie miał końca. Nie wiedziałam jak blondynka radzi sobie z odnalezieniem właściwego szlaku, ale dość szybko rozpoznałam ogromne pomieszczenie, do którego wpadłyśmy. Schowałyśmy się za wielką maszyną z podłączonymi do niej dwiema grubymi rurami. Cała machina przeraźliwie buczała.
- Są tam. - Lauren wskazała na mały myśliwiec, znajdujący się w wyjątkowo niekorzystnym miejscu, czyli na najdalszym końcu hangaru.
Za oknem samolotu zauważyłam tych dwóch.
- Jak się tam dostaniemy? Wszędzie kręcą się ludzie.
- Masz już moce?
Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem.
- Jakie moce?
Pokręciła głową z westchnieniem i złapała mnie za rękę, po czym... zniknęła. Spojrzałam na swoją rękę, ale jej też nie było! Nie było mnie!
- Jak?!
- Cii... dojdziemy tam bez problemu, ale nie gadaj...
Zszokowało mnie to, więc zachowanie ciszy nie było takie trudne. Czułam każdą część mojego ciała, ale nie wiedziałam żadnej. Dotknęłam ręką policzka i okazało się, że bym na swoim miejscu. Odetchnęłam z ulgą i pozwoliłam się zaprowadzić pod same drzwi maszyny. Weszłyśmy do niej po schodkach i Lauren mogła mnie już puścić.
W środku ci dwaj próbowali rozgryźć konsolę, by móc uruchomić myśliwiec. Skoro jeszcze tego nie wiedzieli, poczułam nagłą chęć powrotu do mojej białej izolatki...
Powoli wycofałam się w stronę wyjścia, ale zanim zeszłam na dół, jeden z nich złapał mnie za kurtkę i wprowadził z powrotem na pokład. Ten z ciemnymi włosami. Chyba był na mnie zły...
- Nie jestem pewna czy chcę...
- Po prostu zapnij pasy – przerwał mi, wracając do kolegi.
Lauren siedziała już na miejscu i niespokojnie zerkała przez okno.
- Chcę wyjść! - Zebrałam się na odwagę, by powiedzieć to głośno i wyraźnie.
- Żeby cię zabili?
Spojrzałam na niego, marszcząc brwi i wstrzymując oddech. Dopiero po chwili wzięłam długi wdech i powoli wypuściłam powietrze. Nie wolno mi panikować...
- Zabili?...
- Jeszcze nic nie rozumiesz? - prychnął.
- Jeszcze nie ma mocy – wtrąciła się Lauren, a pozostali popatrzyli na mnie z dziwną mieszaniną zdziwienia i rozczarowania.
Nerwowo poruszyłam się na fotelu i złożyłam trzęsące się dłonie na kolanach.
- Naprawdę nie wiem co się dzieje. Nie wiem czemu mama mnie tu przywiozła i nie wiem dlaczego ona zrobiła nas niewidzialnymi. - Mój głos drżał i nie potrafiłam tego opanować. Wychodziłam na strasznego mazgaja, ale to chyba było najmniejsze zmartwienie...
- Twoja mama? - powiedział z rozbawieniem. - Nie masz rodziców. Tak jak i my. Okłamywali nas przez szesnaście lat, a kiedy przyszedł czas, przywieźli nas tu „dla nauki”. - Zakreślił w powietrzu cudzysłów.
- Co ty mówisz...
- Widziałem wszystkie dane, wszystkie dokumenty, akta, raporty...
- Kiedy dziś rano ktoś zadzwonił do mamy, mówiła, że co miesiąc składa jakiś raport, ale nie sądzę, że chodziło o mnie... Chodziło?
- Niespodzianka. Zostali wybrani kilka dni po tym, jak nas znaleziono. To agenci i to świetnie wyszkoleni.
Moja mina musiała być dość wymowna. Chłopak zmieszał się swoim zachowaniem i westchnął.
- Sorki... Ale wiesz, dowiedzieć się o tym... jestem potwornie wkurzony.
- Zaczekaj... znaleziono nas?
- W północnej Kalifornii, prawie szesnaście lat temu. Wzięliśmy się znikąd, a po wstępnych testach odkryto obce DNA. Sprawą zajął się rząd. Stwierdzili, że najlepszym wyjściem będzie umieszczenie nas w pseudo rodzinach, starannie kontrolowanych. Rok temu u Lauren uaktywniły się moce, potem byłem ja i Keith. Ty będziesz kolejna... no i ostatnia.
Ze zdumienia opadła mi szczęka. Próbowałam coś powiedzieć, ale zapomniałam jak się to robi. Pomyślałam, że zaraz ktoś powie, że bardzo łatwo mnie nabrać i wszyscy zaczniemy się śmiać, ale tak się nie stało.
- Sugerujesz, że... że...
- Że nie pochodzimy z tej planety? - dokończył z fałszywym entuzjazmem. - Ta, to właśnie sugeruję.
W całkowitym osłupieniu opuściłam wzrok na podłogę i poczułam się tak, jakbym zaraz miała zwymiotować. Udało mi się powstrzymać, ale dziwne uczucie bliskie przerażeniu pozostało we mnie na długo.
- Już wiem o co chodzi! - zawołał rozpromieniony blondyn, a Lauren cicho westchnęła.
- Zaraz zauważą, że nas nie ma – powiedziała.
Silnik zaczął pracować, a kontrolki na panelu sterowania rozbłysnęły setkami kolorowych światełek. Blondyn zapiął pasy, więc zrobiliśmy to samo. Po chwili złapał za stery i wiedząc, że ma jedynie kilka sekund – ruszył myśliwiec z miejsca, w kierunku wyjścia. Widziałam niebo i szczyty gór w oddali. Rozpędzaliśmy się coraz bardziej i bardziej, słyszeliśmy krzyki pracowników, którzy zdali sobie sprawę z nieautoryzowanego startu.
- Szybciej! - krzyknęła Lauren.
- Szybciej się nie da!
Zbliżaliśmy się do wielkiego szybu w skale. Wtedy pojawili się tam ludzie, kierowaliśmy się prosto na nich... Wtedy brunet groźnie na nich spojrzał, machnął ręka, a tajemnicza siła zmiotła ich na bok. Opuściliśmy górę.

Myśliwiec, będąc w powietrzu, mógł poruszać się szybciej. Już po kilku minutach zniknął znajomy krajobraz Montany, byliśmy daleko, ale wiedzieliśmy, że nie pozostaniemy wolni na długo. Od teraz już zawsze będziemy musieli uciekać.