Drzwi
otworzyły się z cichym szumem, więc podniosłam się na łokciu,
by sprawdzić kto przyszedł. Nie spodziewałam się zobaczyć tej
blondynki... Dziewczyna, która siedziała wraz z dwójka
chłopaków w sali pełnej stolików miała bardzo
wystraszoną minę. Rozejrzała się, stojąc na progu, a potem
pospiesznie weszła do środka.
- Musimy
uciekać – powiedziała, ciężko przełykając ślinę.
- Co
się dzieje? - zaniepokoiłam się.
Nie
wiem, który już raz wypowiedziałam to samo pytanie. Przez
ostatnie dwanaście godzin pytam o to bez przerwy...
- Nie
ma czasu, musimy stąd uciekać. Nie znam cię, ale musisz mi
zaufać.
Mówiła
prawdę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Złapała mnie za
rękę, zanim jeszcze zdołałam postawić stopy na ziemi i
błyskawicznie wybiegłyśmy z pomieszczenia. Biały i jasny korytarz
był pusty. Mój pokój był jednym z wielu.
- Proszę,
powiedź mi o co chodzi – zwróciłam się do niej.
- Obiecuję,
że wszystko wyjaśnię, ale nie jesteśmy tu bezpieczni. Rex i
Keith próbują dostać się do hangaru.
- Naprawdę
chcecie uciec... - Zatrzymałam się gwałtownie i popatrzyłam na
nią, nawet nie starając się ukryć strachu.
- Próbuję
cię ratować i byłoby miło gdybyś jednak współpracowała.
- Nie
wiem co jest grane! Nie wiem dlaczego tu jestem! Nie wiem co się
dzieje! Nie wiem... nie wiem o niczym... - Niespodziewanie
wybuchnęłam płaczem.
Blondynkę
trochę to uspokoiło. Podeszła i przytuliła mnie do siebie,
głaszcząc po plecach. Czułam jak bardzo bije jej serce.
- Też
się boisz, prawda? - wydukałam.
- Wszyscy
się boimy. Nie możemy tu zostać – przemówiła łagodnie.
Nie
powinnam jej była oceniać tak pochopnie. Może miała na sobie
kilogramowy makijaż i kolorowe, modne ubrania, ale była w porządku.
Pokiwałam
głową.
Natychmiast
ruszyłyśmy dalej najpierw marszem, a potem ruszyłyśmy biegiem.
Zdawało się, że dziewczyna dobrze wie dokąd się kierować i
trochę mnie to zastanowiło. Ostatecznie jednak nie miałam czasu na
przemyślenia i podążałam za nią, licząc na to, że nie stanie
mi się nic złego.
W
pewnym momencie stanęła jak wryta i mocno popchnęła mnie na
ścianę. Chciałam krzyknąć, ale zasłoniła mi dłonią usta,
drugą ręką dając znak, że mam siedzieć cicho. Wskazała na
dwóch ochroniarzy, którzy podążali prostopadłym
korytarzem.
- Jestem
Lauren – szepnęła, uśmiechając się słabo.
- Katherine.
Kilkanaście
sekund później znowu byłyśmy w drodze. Labirynt jednakowych
ścian i sufitów nie miał końca. Nie wiedziałam jak
blondynka radzi sobie z odnalezieniem właściwego szlaku, ale dość
szybko rozpoznałam ogromne pomieszczenie, do którego
wpadłyśmy. Schowałyśmy się za wielką maszyną z podłączonymi
do niej dwiema grubymi rurami. Cała machina przeraźliwie buczała.
- Są
tam. - Lauren wskazała na mały myśliwiec, znajdujący się w
wyjątkowo niekorzystnym miejscu, czyli na najdalszym końcu
hangaru.
Za
oknem samolotu zauważyłam tych dwóch.
- Jak
się tam dostaniemy? Wszędzie kręcą się ludzie.
- Masz
już moce?
Popatrzyłam
na nią ze zdziwieniem.
- Jakie
moce?
Pokręciła
głową z westchnieniem i złapała mnie za rękę, po czym...
zniknęła. Spojrzałam na swoją rękę, ale jej też nie było! Nie
było mnie!
- Jak?!
- Cii...
dojdziemy tam bez problemu, ale nie gadaj...
Zszokowało
mnie to, więc zachowanie ciszy nie było takie trudne. Czułam każdą
część mojego ciała, ale nie wiedziałam żadnej. Dotknęłam ręką
policzka i okazało się, że bym na swoim miejscu. Odetchnęłam z
ulgą i pozwoliłam się zaprowadzić pod same drzwi maszyny.
Weszłyśmy do niej po schodkach i Lauren mogła mnie już puścić.
W
środku ci dwaj próbowali rozgryźć konsolę, by móc
uruchomić myśliwiec. Skoro jeszcze tego nie wiedzieli, poczułam
nagłą chęć powrotu do mojej białej izolatki...
Powoli
wycofałam się w stronę wyjścia, ale zanim zeszłam na dół,
jeden z nich złapał mnie za kurtkę i wprowadził z powrotem na
pokład. Ten z ciemnymi włosami. Chyba był na mnie zły...
- Nie
jestem pewna czy chcę...
- Po
prostu zapnij pasy – przerwał mi, wracając do kolegi.
Lauren
siedziała już na miejscu i niespokojnie zerkała przez okno.
- Chcę
wyjść! - Zebrałam się na odwagę, by powiedzieć to głośno i
wyraźnie.
- Żeby
cię zabili?
Spojrzałam
na niego, marszcząc brwi i wstrzymując oddech. Dopiero po chwili
wzięłam długi wdech i powoli wypuściłam powietrze. Nie wolno mi
panikować...
- Zabili?...
- Jeszcze
nic nie rozumiesz? - prychnął.
- Jeszcze
nie ma mocy – wtrąciła się Lauren, a pozostali popatrzyli na
mnie z dziwną mieszaniną zdziwienia i rozczarowania.
Nerwowo
poruszyłam się na fotelu i złożyłam trzęsące się dłonie na
kolanach.
- Naprawdę
nie wiem co się dzieje. Nie wiem czemu mama mnie tu przywiozła i
nie wiem dlaczego ona zrobiła nas niewidzialnymi. - Mój
głos drżał i nie potrafiłam tego opanować. Wychodziłam na
strasznego mazgaja, ale to chyba było najmniejsze zmartwienie...
- Twoja
mama? - powiedział z rozbawieniem. - Nie masz rodziców. Tak
jak i my. Okłamywali nas przez szesnaście lat, a kiedy przyszedł
czas, przywieźli nas tu „dla nauki”. - Zakreślił w powietrzu
cudzysłów.
- Co
ty mówisz...
- Widziałem
wszystkie dane, wszystkie dokumenty, akta, raporty...
- Kiedy
dziś rano ktoś zadzwonił do mamy, mówiła, że co miesiąc
składa jakiś raport, ale nie sądzę, że chodziło o mnie...
Chodziło?
- Niespodzianka.
Zostali wybrani kilka dni po tym, jak nas znaleziono. To agenci i to
świetnie wyszkoleni.
Moja
mina musiała być dość wymowna. Chłopak zmieszał się swoim
zachowaniem i westchnął.
- Sorki...
Ale wiesz, dowiedzieć się o tym... jestem potwornie wkurzony.
- Zaczekaj...
znaleziono nas?
- W
północnej Kalifornii, prawie szesnaście lat temu. Wzięliśmy
się znikąd, a po wstępnych testach odkryto obce DNA. Sprawą
zajął się rząd. Stwierdzili, że najlepszym wyjściem będzie
umieszczenie nas w pseudo rodzinach, starannie kontrolowanych. Rok
temu u Lauren uaktywniły się moce, potem byłem ja i Keith. Ty
będziesz kolejna... no i ostatnia.
Ze
zdumienia opadła mi szczęka. Próbowałam coś powiedzieć,
ale zapomniałam jak się to robi. Pomyślałam, że zaraz ktoś
powie, że bardzo łatwo mnie nabrać i wszyscy zaczniemy się śmiać,
ale tak się nie stało.
- Sugerujesz,
że... że...
- Że
nie pochodzimy z tej planety? - dokończył z fałszywym
entuzjazmem. - Ta, to właśnie sugeruję.
W
całkowitym osłupieniu opuściłam wzrok na podłogę i poczułam
się tak, jakbym zaraz miała zwymiotować. Udało mi się
powstrzymać, ale dziwne uczucie bliskie przerażeniu pozostało we
mnie na długo.
- Już
wiem o co chodzi! - zawołał rozpromieniony blondyn, a Lauren cicho
westchnęła.
- Zaraz
zauważą, że nas nie ma – powiedziała.
Silnik
zaczął pracować, a kontrolki na panelu sterowania rozbłysnęły
setkami kolorowych światełek. Blondyn zapiął pasy, więc
zrobiliśmy to samo. Po chwili złapał za stery i wiedząc, że ma
jedynie kilka sekund – ruszył myśliwiec z miejsca, w kierunku
wyjścia. Widziałam niebo i szczyty gór w oddali.
Rozpędzaliśmy się coraz bardziej i bardziej, słyszeliśmy krzyki
pracowników, którzy zdali sobie sprawę z
nieautoryzowanego startu.
- Szybciej!
- krzyknęła Lauren.
- Szybciej
się nie da!
Zbliżaliśmy
się do wielkiego szybu w skale. Wtedy pojawili się tam ludzie,
kierowaliśmy się prosto na nich... Wtedy brunet groźnie na nich
spojrzał, machnął ręka, a tajemnicza siła zmiotła ich na bok.
Opuściliśmy górę.
Myśliwiec,
będąc w powietrzu, mógł poruszać się szybciej. Już po
kilku minutach zniknął znajomy krajobraz Montany, byliśmy daleko,
ale wiedzieliśmy, że nie pozostaniemy wolni na długo. Od teraz
już zawsze będziemy musieli uciekać.