sobota, 14 marca 2015

Rozdział 6

Inaya i Rex oddalili się by porozmawiać. Keith stał oparty o maskę samochodu, w którym siedziałam razem z Lauren. Blondynka podała mi  połowę snickersa, które znalazła w schowku. Co prawda był przeterminowany, ale tylko o dwa dni, więc zdecydowałyśmy się zaryzykować. 
Minęło kilka długich minut zanim Rex do nas wrócił. Miał dziwną minę i sama nie byłam pewna co to oznacza. Milczał aż do momentu, w którym wyjął kluczyki ze stacyjki i kazał nam opuścił auto. Posłusznie stanęłyśmy na płycie lotniska, cały czas bacznie go obserwując. Keith wywrócił oczami i pchnął go ze złością.
- Możesz nas w końcu poinformować co się dzieje? - warknął, kiedy już zwrócił na siebie uwagę bruneta.
- Lecimy z nią – odparł, zamykając samochód.
- Co?... Jak to?! Nie znamy jej! Jak możesz decydować za nas wszystkich!? - nie poddawał się. Keith był naprawdę zdenerwowany i wszczęcie bójki było jedynie kwestią czasu. Nie bardzo wiedziałam co zrobić, a Lauren także nie kwapiła się do złagodzenia sytuacji.
Wtedy pojawiła się ta dziewczyna, Inaya. Podeszła do nas ze stoickim spokojem i silnie złapała blondyna za rękaw kurtki, po czym odciągnęła go na bok. 
- Nie możemy je zaufać, ale ona coś wie i na bank nie trzyma z tamtymi, więc trzeba to sprawdzić, jasne? - szepnął z rozdrażnieniem Rex, korzystając z tego, że tamci nas nie słyszą.
Wymieniłam spojrzenia z równie niepewną Lauren i obydwie skierowałyśmy się w stronę niewielkiego samolotu osobowego. Drzwi były otwarte, prowadziły do nich schodki. Kiedy tylko przekroczyłyśmy próg, zapaliło się światło. Obejrzałam się za siebie. Chłopak szedł zaraz za nami, a pozostała dwójka poważnie rozmawiała o czymś na zewnątrz. Objęłam się ramionami, nie wiem już sama czy bardziej ze strachu czy z zimna. Wieczór był chłodny. 
Lauren przeszła się między dwoma rzędami foteli obitych skórą. Wszystko było tu takie... eleganckie i nieskazitelne. Lampki emitujące delikatne, białe światło tylko potęgowały ten efekt. Dziewczyna zajęła miejsce na jednym z dalszych siedzeń. Dołączyłam do niej. Rex trzymał się blisko, ale nie wolał wybrać przeciwny rząd, skąd miał lepszy widok na zamkniętą kabinę pilota. Krótko po tym do maszyny wszedł nieco przygaszony Keith. Inaya pojawiła się dopiero po kilku sekundach. Wielkie skrzydła widocznie utrudniały jej przechodzenie przez drzwi... Kiedy już szczelnie zamknęła śluzę, zapukała do wrót kokpitu. Skuliłam się na fotelu, słysząc jak otwierają się zasuwy i skrzypią zawiasy. Z małego pomieszczenia wyjrzał chłopak z jasnymi, potarganymi włosami i dziwnie niepokojącymi, ciemnymi oczami. Omiótł nas spojrzeniem i zaprosił brunetkę do środka. Kilka minut później głos Inayi, dochodzący z głośników, poprosił nas o zapięcie pasów. Wystartowaliśmy. Zrobiło się cieplej, ale wciąż drżały mi dłonie. Chyba już nigdy nie przestanę się trząść... Lauren przyjaźnie szturchnęła mnie ramieniem i uśmiechnęła się. 
- Będzie dobrze.
Chciałabym móc w to uwierzyć. 

***

Musiałam przysnąć... Obudziło mnie wyjątkowe ostre słońce. Nie potrafiłam otworzyć powiek, dopóki nie przykryłam ich dłońmi. Lauren poprawiła się na fotelu, przez cały czas blokowałam jej ramię. Chyba nie chciała mnie obudzić. Po chwili przyzwyczajania się do światła popatrzyłam na widok za oknem. Przestraszyłam się widząc wodę. Tylko woda... 
- To ocean? - zapytałam z zaskoczeniem. - Grze jesteśmy?...
- Ina nie chce nic mówić. Twierdzi, że nie mogłaby zapewnić nam bezpieczeństwa, jeśli będziemy znali położenie „miejsca docelowego”... - swoją wypowiedź Lauren zwieńczyła efektownym prychnięciem.
- Miło było was znać. Wywożą nas gdzieś... Zobaczycie, że wpadliśmy jak te...
- ...śliwki w kompot? - przerwał Keithowi Rex. - Czasami trzeba zaryzykować.
Nie byłam pewna czy w tym przypadku to ryzyko wyjdzie nam na dobre. Nie znaliśmy tych ludzi. Jednak z drugiej strony... ona ma skrzydła.
Na horyzoncie pojawił się ląd. To była naprawdę duża wyspa, w której centrum znajdowało się miasto. Trochę dalej znajdował się niesamowity zamek... Nie mogłam oderwać wzroku od tej majestatycznej budowli. Pilot usadził maszynę na małym lotniku niedaleko zabudowań. Zadrżałam, gdy Inaya otworzyła drzwi, a wnętrze napełniło się zimnym powietrzem. Wyczuwałam dziwny, egzotyczny zapach.
- Chodźcie – powiedziała.
Nie bardzo mając wybór wstaliśmy z miejsc i udaliśmy się za nią. To miejsce było naprawdę piękne. Sprawiało, że przez chwilę mogłam zapomnieć o tym, co wydarzyło się ostatnio w moim życiu. Morska bryza, mewy, latające nad naszymi głowami, wschód słońca... Żwirową alejką, która wychodziła z lasu, czy może trafniejszym było by określenie tego dżunglą, wyjechał terenowy wóz z odsłoniętym dachem. Za kierownicą siedział starszy człowiek z zauważalnymi zakolami. Był ubrany w eleganckie ubrania, w tym czarną marynarkę. Zatrzymał się kilkanaście metrów od samolotu, z którego zdążyliśmy już wyjść z komplecie. 
- Jak dobrze widzieć panienkę w domu – powiedział ojcowskim tonem. - Proszę książęcej mości – zwrócił się do pilota, wskazując auto - kucharki czekają ze śniadaniem.
Chłopak skinął głową i zaprowadził nas do samochodu, gdy Inaya wymusiła uśmiech. Mężczyzna stanął prosto jak struna, po czym delikatnie się ukłonił. Kiedy ruszyliśmy w stronę, z której wcześniej nadjechał, wszedł do samolotu. 
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to jakich słów użył. „Książęca mość”? Co to miało znaczyć? Nie miałam siły by nad tym pomyśleć... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz