poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 5

Wynajęliśmy jeden czteroosobowy pokój. To było najtańsze rozwiązanie, a my mieliśmy tylko to, co Rexowi udało się ukraść. Dwa dwuosobowe łóżka okryto wściekle różowymi kocami... Usiadłam na fotelu pod oknem, czekając na swoją kolej w łazience. Starałam się nie zasnąć, jednak byłam tak zmęczona, że w końcu zamknęłam oczy i odpłynęłam do krainy snów. 
Nagle obudził mnie hałas... To było jak potężne uderzenie czymś twardym o drzwi. Zerwałam się na równe nogi, a Lauren i Keith stali już pod ścianą, nasłuchują. Na korytarzu rozniosły się szybkie kroki ciężkich butów. 
- Znaleźli nas! - spanikowała blondynka.
Złapałam się szafki, aby nie osunąć się na podłogę ze strachu. Byli coraz bliżej, a my nie mieliśmy żadnej sensownej drogi ucieczki. Żałowałam, że w ogóle uciekłam. Pomyślałam, że teraz będzie gorzej, ponieważ są na nas wściekli za to co się stało. Chciałabym wyjść z pokoju i poddać się, ale nie potrafiłam zrobić choćby kroku.
Rex wyskoczył z łazienki i bez zastanowienia otworzył okno.  Wyjrzał na podwórko, oceniając odległość. To było trzecie piętro.
- Nie tak źle, lecimy!
Pozostali oświeceni tym pomysłem zebrali się przy parapecie. Lauren wyprosiła by być pierwszą, używając telekinezy jakoś sobie poradziła. Dalej był Keith. To trwało zaledwie kilka sekund. Tamci już ustawiali sprzęt przy drzwiach... Popatrzyłam na Rexa, zawstydzona tym, że znowu trzeba mnie ratować bo nie mam mocy. Nie wyglądał na rozzłoszczonego, bardziej martwił się o to, czy poradzi nas oboje. Kazał mi skoczyć i obiecywał, że mnie złapie, ale coś powstrzymywało mnie przez zaakceptowaniem tego. Nie mogłam mu aż tak zaufać. Wiedziałam, że działanie tych zdolności nie zależy w stu procentach od niego. 
- Katherine, pospiesz się! - warknął w końcu.
Nie miałam tyle odwagi by się mu sprzeciwić, dlatego wskrobałam się na drewniany parapet, ale gdy popatrzyłam w dół stwierdziłam, że bardziej boję się wysokości niż kosmity. 

***

- Falco! - krzyknęła wysoka brunetka do słuchawki w uchu. Pokręciła głową, robiąc porządek z grzywką i przeładowała pistolet. Ostrożnie zerknęła na to, co dzieje się przy drzwiach hotelu, wychylając się zza ściany.
- Dobra, dobra... Już mam, siostrzyczko. Musisz się pospieszyć, zaraz wyważą drzwi – odpowiedział, mówiąc nienormalnie szybko. Jednak dziewczyna zdołała go zrozumieć bez problemów.
Wyszła na dziedziniec i oddała dwa szybkie strzały do pary strażników, pilnujących wejścia. Nie zdążyli nawet zareagować, gapiąc się na jej ogromne, czarne skrzydła.  
Weszła do budynku i pobiegła schodami na górę. Ciesząc się z efektu zaskoczenia zastrzeliła pozostałych najemników, którzy przygotowywali się do wejścia i porwania czterech uciekinierów. Upewniła się, że wszyscy nie żyją i użyła ich sprzętu, by dostać się do środka. W pokoju nie było już nikogo, a wyjaśnienie tego zjawiska nadeszło wraz z podmuchem wiatru, który podniósł firankę i ukazał otwarte okno. 
- Uciekli – powiedziała, przyciskając palec do guziczka w słuchawce.
- Okeeeej, zaraz ich znajdę. Powiemy im, że mają chipy namierzające?
- Nie, może za jakiś czas.
- Kierują się na północ, muszą jechać samochodem, bo poruszają się dość szybko. Włamie się do satelit, ale goń ich już.
- Jasne.
Dziewczyna wyskoczyła na świeże powietrze, rozwijając skrzydła. Szybko rozwinęła prędkość i po kilkunastu minutach kierowania się wskazówkami brata odnalazła czarną hondę, pędzącą pustą drogą. Uśmiechnęła się pod nosem i wylądowała na dachu. Natychmiast wyciągnęła się i wbiła w maskę dwie duże, elektryczne igły. Dzięki nim Falco dobędzie kontrolę nad pojazdem. 

***


Skuliłam się na siedzeniu i popatrzyłam w górę. Nie widzieliśmy co się dzieje, na dachu ktoś był. Pojawił się znikąd! Rex nie mógł poradzić sobie z autem, a w przedniej części pojazdu utkwiły dziwne urządzenia, świecące rażącym blaskiem. 
- No jasna cholera! - krzyknął, desperacko kręcąc kierownicą.
Samochód jechał jak chciał, zachowywał się jak zbuntowany wierzchowiec. Nagle gwałtowanie skręciliśmy na pobocze i przecięliśmy ogromną łąkę z wielką prędkością. Umierałam ze strachu, a gdy popatrzyłam na Lauren byłam pewna, że ma takie same wrażenia z tej przejażdżki. Jedynym plusem było to, że poruszaliśmy się prosto. Rex, nawet kiedy chciał, nie potrafił zakręcić. Kierownica nie reagowała. A na dachu wciąż wierciło się jakieś stworzenie...
- Co do...
Wjechaliśmy na małe, opuszczone lotnisko. Nie było tu żadnego budynku, a jedynie pas startowy i niewielki, biały samolot ze złotym napisem „Libretta die Atlantis”. Auto zatrzymało się tak gwałtownie, że poczułam zjedzoną na kolację drożdżówkę w gardle. 
Przez kilka sekund panowała pełna napięcia cisza. Czekaliśmy na ruch pasażera na gapę, a on najwyraźniej oczekiwał tego samego od nas. W końcu zeskoczył z dachu i stanął przed maską. Było zupełnie ciemno, ale światło reflektórów pozwoliło nam dojrzeć twarz osobnika. To była młoda kobieta z czarnymi włosami i grzywką, w czarnym stroju i z... czarnymi skrzydłami?
- Boże... czy ona ma... - zaczął Keith, ale zanim zdołał dokończyć dziewczyna energicznym krokiem podeszła do drzwi kierowcy, które się odbezpieczyły, i odtworzyła je. Nasze pasy także samoistnie się odpięły...
- Wychodźcie. Musimy uciekać – powiedziała głosem wypranym z emocji.
Byłam zbyt przerażona by spełnić jej prośbę. Cała drżałam i prawie nie oddychałam.
- Kim, do diabła, jesteś?! - wykrzyczał Rex, zaciskając dłonie w pięści. Nikt nie ruszył się z miejsca.
- Mam na imię Inaya. Nie bójcie się mnie. Wszyscy jesteśmy tacy sami... jeśli wiecie co mam na myśli. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz