piątek, 6 marca 2015

Rozdział 4

Odczepiliśmy spadochrony i zdjęliśmy uprzęże. Wszystko dokładnie złożyliśmy i schowaliśmy pod skałami. Gdyby ktoś przelatywał nad polaną i zobaczył gigantyczne, czarne płachty, mógłby się tym niepotrzebnie zainteresować. Ruszyliśmy na zachód, czyli tam, gdzie powinni się znajdować Lauren i Keith.
W milczeniu przedzieraliśmy się przez las, nienaruszony przez działalność człowieka. Na ledwo dostrzegalnych ścieżkach widać było jedynie ślady zwierząt.
- Co dalej? - zapytałam, gdy już zebrałam się na odwagę by zacząć z nim rozmowę.
- Póki co musimy znaleźć resztę, a potem... zobaczymy. - Ciężko westchnął.
Dopiero podczas tej wędrówki zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem głodna. Nie jadłam nic od śniadania, a słońce powoli zachodziło już za horyzont. To oznaczało coś jeszcze – zaraz nadejdzie noc. Noc w samym sercu lasu, bez namiotów, jedzenia i sprzętu nie mogła być miłą przygodą. Chciało mi się płakać na samą myśl o tym, ale wystarczająco bardzo wstydziłam się akcji w samolocie...
Zatrzymał się. Prawie na niego wpadłam, ale w porę złapałam się drzewa. Niebo pokryło się już odcieniami szarości, więc widoczność była ograniczona. Wyostrzył nam się słuch. To był dźwięk jaki wydaje ktoś, kto właśnie nieostrożnie przeszedł po pełnej szyszek drodze. Miałam szczerą nadzieję, że to jakiś niewielki zwierzak. Skuliłam się przy sośnie, oddychając bardzo powoli.
Chłopak w zwolnionym tempie podniósł z ziemi solidny kij i rozejrzał się po okolicy. Ten dźwięk się już nie powtórzył. Natomiast po lesie rozniosło się głośne i piskliwe„nożesz kurde!” w wykonaniu Lauren. Odetchnęłam z ulgą.
- Żyjesz?! - krzyknął mój towarzysz.
- Nie zupełnie – jęknęła z odległości mniej więcej stu metrów.
Ruszyliśmy w jej kierunku. Widok dziewczyny w spadochroniarskich umundurowaniu z koniuszkiem gałęzi przebitym przez brzuch nie był czymś, czego w tamtej chwili potrzebowałam. Powstrzymałam mdłości. Starałam się unikać patrzenia w tamtą stronę, ale to nie było łatwe. Sama Lauren miała rozmazany od łez makijaż i przesiąkniętą krwią koszulkę i spodnie.
- Rex? Katherine? To wy? - zapytała, mrużąc oczy.
Ciemność nie ułatwiała jej rozpoznania twarzy.
- Tak, nie ruszaj się. - Chłopak odrzucił kij i szybko do niej podszedł by obejrzeć ranę. To chyba nie wyglądało dobrze.
Podeszłam bliżej i przyjrzałam się temu, chociaż chyba nie powinnam...
- Musimy cię stąd ściągnąć...
- To boli...
- Wiem, ale nie ma wyjścia. Na trzy. Raz... - Złapał ją za ramiona.
- Nie! Nie... Daj mi chwilę...
Westchnął. Po kilku sekundach spróbował ponownie i tym razem zignorował jęki dziewczyny. Tkwiła tam od kilku godzin, nie wytrzymałaby by już długo... Krzyknęła z całej siły, kiedy gałąź wysuwała się z jej ciała. Kiedy była już wolna, rozpłakała się z bólu, a Rex mocno ją przytulił. Nie wiedziałam co powinnam zrobić, więc tylko stałam tam i patrzyłam.
Zrobiliśmy dla niej nosze z gałęzi, nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt długi odpoczynek. Szliśmy dalej, choć dużo wolniej. Zrobiło się bardzo ciemno i ciężko było znaleźć drogę, ale dawaliśmy sobie radę.
Pół godziny później znaleźliśmy Keitha który wyszedł nam naprzeciw. Po skoku bezpiecznie wylądował i od razu ruszył na poszukiwania reszty grupy. Zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem, by odsapnąć.
- Co dalej? - zapytał brunet. - Samolot na pewno się gdzieś rozbił i nawet jeśli w promieniu iluś tam mil nie ma żadnego domu, to i tak niedługo wypatrzą go samoloty czy ktoś tam...
- Przede wszystkim: wydostańmy się z lasu. Znajdziemy jakieś miasto, cokolwiek, i zorientujemy się w sytuacji.
- Jak się czujesz? - zapytałam, widząc, że Lauren wykrzywia twarz mocniej niż przez ostatni kwadrans.
- Goi się – odpowiedział za nią Rex, a widząc moje zdziwione spojrzenie, wyjaśnił: - kolejna zaleta bycia... no wiesz, nami. Rany się goją. Może nie w zastraszającym tempie i to cholernie boli, no ale jednak.
Cicho westchnęłam. Nie miałam pojęcia kiedy będę mogła się pochwalić samoregenerującym się ciałem, ale chyba powoli zaczynałam tego naprawdę chcieć. Po kilku minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Strasznie bałam się nocnych dźwięków, ale starałam się to ukrywać. Chyba dobrze mi szło.
*
Nad ranem nie czułam już nóg. Przez całą noc szliśmy i tylko czasami przystawaliśmy na złapanie oddechu. Lauren mogła już swobodnie chodzić, a po ranie nie został nawet drobny ślad.
Koło południa las zaczął się przerzedzać, a godzinę później zobaczyliśmy coś pięknego – małe miasteczko! Nie sądziłam, że kiedykolwiek ucieszy mnie taki prozaiczny widok, ale w tamtym momencie mogłam skakać ze szczęścia. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu.
- Pewnie nas szukają... - powiedziała Lauren. - Myślicie, że rozesłali jakieś listy gończe czy coś?
- Może pokazują zdjęcia w telewizji. Tym bardziej, że myśliwiec musiał rozbić się niedaleko.
Zapanowała chwila milczenia, którą przerwał Rex.
- Pójdę sam i spróbuję zwinąć ze sklepu ile się da. - Założył kaptur kurtki na głowę i zanim zdążyliśmy zareagować, zbiegł po stoku.
- Ma racje, jeśli szukają to całej czwórki, jeden obcy może nie zwróci aż takiej uwagi...
Mniej więcej po piętnastu minutach, chociaż bez zegarka ciężko ocenić czas, blondynka niespokojnie drgnęła, a potem wstała z klęczek.
- Chce żebyśmy zeszli i skierowali się w stronę drogi, zdobył samochód.
Keith natychmiast podniósł się z ziemi i i ruszyli, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że nie idę razem z nimi. Popatrzyli na mnie.
- Jak ci to powiedział? - zapytałam, choć się domyślałam. - Nie było mowy o żadnej telepatii... - Nerwowo skrzyżowałam ręce.
- Nie używaliśmy jej wobec ciebie, nie martw się, a teraz chodź, bo tracimy czas. - Keith uznał rozmowę za skończoną i tylko bardziej przyspieszył.
Chcąc nie chcąc musiałam trzymać się blisko.
Zauważyliśmy czarną hondę, stojącą na poboczu jakiś kilometr od miasteczka. Rex otworzył nam drzwi i czym prędzej ruszyliśmy w drogę... nikt z nas nie wiedział dokąd właściwie ona prowadzi.
Z tyłu, gdzie siedziałam z Lauren, znajdowało się kilka drożdżówek i butelka wody, a także dwie farby do włosów i jakieś narzędzia.
- Jesteś niezły w te klocki – przyznała blondynka, przeglądając rzeczy.

Bak był pełny, więc nie musieliśmy martwić się benzyną. Pędziliśmy na wschód, w drodze delektując się zdobyczami. Kiedy zaczęło się ściemniać, zatrzymaliśmy się w najbliższym mieście – Davenport w stanie Iowa. Rex zostawił nas przed tanim pensjonatem, a sam pojechał ukryć auto. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz