Odczepiliśmy
spadochrony i zdjęliśmy uprzęże. Wszystko dokładnie złożyliśmy
i schowaliśmy pod skałami. Gdyby ktoś przelatywał nad polaną i
zobaczył gigantyczne, czarne płachty, mógłby się tym
niepotrzebnie zainteresować. Ruszyliśmy na zachód, czyli tam,
gdzie powinni się znajdować Lauren i Keith.
W
milczeniu przedzieraliśmy się przez las, nienaruszony przez
działalność człowieka. Na ledwo dostrzegalnych ścieżkach widać
było jedynie ślady zwierząt.
- Co
dalej? - zapytałam, gdy już zebrałam się na odwagę by zacząć
z nim rozmowę.
- Póki
co musimy znaleźć resztę, a potem... zobaczymy. - Ciężko
westchnął.
Dopiero
podczas tej wędrówki zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem
głodna. Nie jadłam nic od śniadania, a słońce powoli zachodziło
już za horyzont. To oznaczało coś jeszcze – zaraz nadejdzie noc.
Noc w samym sercu lasu, bez namiotów, jedzenia i sprzętu nie mogła
być miłą przygodą. Chciało mi się płakać na samą myśl o
tym, ale wystarczająco bardzo wstydziłam się akcji w samolocie...
Zatrzymał
się. Prawie na niego wpadłam, ale w porę złapałam się drzewa.
Niebo pokryło się już odcieniami szarości, więc widoczność
była ograniczona. Wyostrzył nam się słuch. To był dźwięk jaki
wydaje ktoś, kto właśnie nieostrożnie przeszedł po pełnej
szyszek drodze. Miałam szczerą nadzieję, że to jakiś niewielki
zwierzak. Skuliłam się przy sośnie, oddychając bardzo powoli.
Chłopak
w zwolnionym tempie podniósł z ziemi solidny kij i rozejrzał się
po okolicy. Ten dźwięk się już nie powtórzył. Natomiast po
lesie rozniosło się głośne i piskliwe„nożesz kurde!” w
wykonaniu Lauren. Odetchnęłam z ulgą.
- Żyjesz?!
- krzyknął mój towarzysz.
- Nie
zupełnie – jęknęła z odległości mniej więcej stu metrów.
Ruszyliśmy
w jej kierunku. Widok dziewczyny w spadochroniarskich umundurowaniu z
koniuszkiem gałęzi przebitym przez brzuch nie był czymś, czego w
tamtej chwili potrzebowałam. Powstrzymałam mdłości. Starałam się
unikać patrzenia w tamtą stronę, ale to nie było łatwe. Sama
Lauren miała rozmazany od łez makijaż i przesiąkniętą krwią
koszulkę i spodnie.
- Rex?
Katherine? To wy? - zapytała, mrużąc oczy.
Ciemność
nie ułatwiała jej rozpoznania twarzy.
- Tak,
nie ruszaj się. - Chłopak odrzucił kij i szybko do niej podszedł
by obejrzeć ranę. To chyba nie wyglądało dobrze.
Podeszłam
bliżej i przyjrzałam się temu, chociaż chyba nie powinnam...
- Musimy
cię stąd ściągnąć...
- To
boli...
- Wiem,
ale nie ma wyjścia. Na trzy. Raz... - Złapał ją za ramiona.
- Nie!
Nie... Daj mi chwilę...
Westchnął.
Po kilku sekundach spróbował ponownie i tym razem zignorował jęki
dziewczyny. Tkwiła tam od kilku godzin, nie wytrzymałaby by już
długo... Krzyknęła z całej siły, kiedy gałąź wysuwała się z
jej ciała. Kiedy była już wolna, rozpłakała się z bólu, a Rex
mocno ją przytulił. Nie wiedziałam co powinnam zrobić, więc
tylko stałam tam i patrzyłam.
Zrobiliśmy
dla niej nosze z gałęzi, nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt
długi odpoczynek. Szliśmy dalej, choć dużo wolniej. Zrobiło się
bardzo ciemno i ciężko było znaleźć drogę, ale dawaliśmy sobie
radę.
Pół
godziny później znaleźliśmy Keitha który wyszedł nam naprzeciw.
Po skoku bezpiecznie wylądował i od razu ruszył na poszukiwania
reszty grupy. Zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem, by
odsapnąć.
- Co
dalej? - zapytał brunet. - Samolot na pewno się gdzieś rozbił i
nawet jeśli w promieniu iluś tam mil nie ma żadnego domu, to i
tak niedługo wypatrzą go samoloty czy ktoś tam...
- Przede wszystkim: wydostańmy się z lasu. Znajdziemy jakieś miasto,
cokolwiek, i zorientujemy się w sytuacji.
- Jak
się czujesz? - zapytałam, widząc, że Lauren wykrzywia twarz
mocniej niż przez ostatni kwadrans.
- Goi
się – odpowiedział za nią Rex, a widząc moje zdziwione
spojrzenie, wyjaśnił: - kolejna zaleta bycia... no wiesz, nami.
Rany się goją. Może nie w zastraszającym tempie i to cholernie
boli, no ale jednak.
Cicho
westchnęłam. Nie miałam pojęcia kiedy będę mogła się
pochwalić samoregenerującym się ciałem, ale chyba powoli
zaczynałam tego naprawdę chcieć. Po kilku minutach ruszyliśmy w
dalszą drogę. Strasznie bałam się nocnych dźwięków, ale
starałam się to ukrywać. Chyba dobrze mi szło.
*
Nad
ranem nie czułam już nóg. Przez całą noc szliśmy i tylko
czasami przystawaliśmy na złapanie oddechu. Lauren mogła już
swobodnie chodzić, a po ranie nie został nawet drobny ślad.
Koło
południa las zaczął się przerzedzać, a godzinę później
zobaczyliśmy coś pięknego – małe miasteczko! Nie sądziłam, że
kiedykolwiek ucieszy mnie taki prozaiczny widok, ale w tamtym
momencie mogłam skakać ze szczęścia. Zatrzymaliśmy się na
wzgórzu.
- Pewnie
nas szukają... - powiedziała Lauren. - Myślicie, że rozesłali
jakieś listy gończe czy coś?
- Może
pokazują zdjęcia w telewizji. Tym bardziej, że myśliwiec musiał
rozbić się niedaleko.
Zapanowała
chwila milczenia, którą przerwał Rex.
- Pójdę
sam i spróbuję zwinąć ze sklepu ile się da. - Założył kaptur
kurtki na głowę i zanim zdążyliśmy zareagować, zbiegł po
stoku.
- Ma
racje, jeśli szukają to całej czwórki, jeden obcy może nie
zwróci aż takiej uwagi...
Mniej
więcej po piętnastu minutach, chociaż bez zegarka ciężko ocenić
czas, blondynka niespokojnie drgnęła, a potem wstała z klęczek.
- Chce
żebyśmy zeszli i skierowali się w stronę drogi, zdobył
samochód.
Keith
natychmiast podniósł się z ziemi i i ruszyli, dopiero po chwili
zdając sobie sprawę, że nie idę razem z nimi. Popatrzyli na mnie.
- Jak
ci to powiedział? - zapytałam, choć się domyślałam. - Nie było
mowy o żadnej telepatii... - Nerwowo skrzyżowałam ręce.
- Nie
używaliśmy jej wobec ciebie, nie martw się, a teraz chodź, bo
tracimy czas. - Keith uznał rozmowę za skończoną i tylko
bardziej przyspieszył.
Chcąc
nie chcąc musiałam trzymać się blisko.
Zauważyliśmy
czarną hondę, stojącą na poboczu jakiś kilometr od miasteczka.
Rex otworzył nam drzwi i czym prędzej ruszyliśmy w drogę... nikt
z nas nie wiedział dokąd właściwie ona prowadzi.
Z
tyłu, gdzie siedziałam z Lauren, znajdowało się kilka drożdżówek
i butelka wody, a także dwie farby do włosów i jakieś narzędzia.
- Jesteś
niezły w te klocki – przyznała blondynka, przeglądając rzeczy.
Bak
był pełny, więc nie musieliśmy martwić się benzyną. Pędziliśmy
na wschód, w drodze delektując się zdobyczami. Kiedy zaczęło się
ściemniać, zatrzymaliśmy się w najbliższym mieście –
Davenport w stanie Iowa. Rex zostawił nas przed tanim pensjonatem, a
sam pojechał ukryć auto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz