Lauren przesadziła z szampanem na wczorajszej imprezie. Chociaż jestem niemal pewna, że nie pogardziła czymś mocniejszym, przyniesionym przez Keitha w małej piersiówce.
Nie wstała na śniadanie, wolała w samotności przeżywać ból głowy. Wzruszyłam ramionami, obiecując, że przyniosę jej coś dobrego i ruszyłam do jadalni, gdzie zebrali się już chłopcy i Ina. Usiadłam na swoim miejscu, nałożyłam sobie trochę jajecznicy i wlałam do kubka parującą jeszcze herbatę.
- Gdzie Lauren? - zapytał Rex, a Keith cicho zachichotał, zwracając na siebie chwilową uwagę zebranych.
- Nie czuje się najlepiej, wolała zostać w pokoju – wyjaśniłam.
- Poproszę służkę, by zaniosła jej śniadanie. - Inaya wyciągnęła rękę po dzwoneczek leżący na stole, ale powiedziałam, że sama to zrobię, gdy tylko skończy.
Tak mijały nam poranki. Większość czasu spędzałam poza zamkiem. Wędrowałam po całej wyspie, czasami zabierając ze sobą Lauren, jednak ona wolała z reguły luksusy życia księżniczki i rzadko kiedy dawała się namówić na wycieczkę po dzikich kniejach.
Kiedy któregoś dnia obudził mnie deszcz uderzający o okna i parapet, stwierdziłam, że lepiej zostać w domu. Nudząc się, zapuściłam się aż do biblioteki.
Nieśmiało otworzyłam stare drzwi i weszłam do środka ogromnego pomieszczenia z mnóstwem wysokich regałów, po brzegi zapełnionych najróżniejszymi książkami z całego świata. Przed okrągłym oknem o średnicy dobrych kilku metrów znajdował się salonik, na który składała się miękka kanapa zapełniona poduszkami, cztery fotele, oraz kilka stolików z lampkami. Na jednym z tych foteli siedział Falco. Trochę mnie to speszyło, chyba ani razu z nim nie rozmawiałam, szczególnie po usłyszeniu jego kłótni z siostrą. Było jednak za późno – zauważył mnie.
- Hej, mną się nie przejmuj, wybierz sobie coś. - Uśmiechnął się, wskazując za siebie, na półki.
Siedział po turecku, trzymając przed sobą laptopa.
- Okej... - szepnęłam bardziej do siebie i ruszyłam w kierunku powieści.
Była ich cała masa, podejrzewałam, że gdybym wymieniła dowolny tytuł, on natychmiast znalazłby się w spisie. Niespiesznie przechadzałam się między ciasnymi alejkami, gładząc grzbiety książek. Niektóre były bardzo, bardzo stare. Bałam się ich dotknąć, aby się nie rozleciały. Inne wydano niedawno, miały bialutkie strony i piękne okładki. Większość w języku angielskim, ale znalazłam wiele rosyjskich, niemieckich, hiszpańskich i takich, których nie potrafiłam zidentyfikować. Znalazłam książkę opowiadającą o historii tej wyspy, ale kiedy tylko pokazałam się w saloniku, Falco zareagował.
- Nie powinnaś tego czytać.... - powiedział łagodnie.
- Dlaczego? - Wzruszyłam ramionami. - Chcę się tylko dowiedzieć o tym miejscu...
- Wiem, ale... Eh, chodzi o to, że im mniej wiesz, tym dla ciebie lepiej. Jeśli kiedykolwiek chciałabyś opuścić wyspę... nie mogłabyś.
- Ale dlaczego? - przysiadłam na kanapie, ściskając album w rękach.
- Wszystko tutaj jest oparte na tajemnicy.
- Nie mogę nawet znać nazwy wyspy?
- A chcesz ją kiedyś opuścić?
Zastanowiłam się nad tym pytaniem. Właściwie... nie wiedziałam. Było mi tu dobrze, po co miałabym wyjeżdżać. Z drugiej strony... nigdy nie mogłabym zobaczyć żadnego innego miejsca. Nie odwiedziłabym Paryża i Londynu.
- Nie wiem...
- Więc na razie... - Wyciągnął rękę po książkę. Oddałam mu ją. - Mogę ci zaufać?
- Jasne. - Zaintrygował mnie.
- Mówisz tak tylko po to, żebym powiedział o co chodzi? - zapytał podejrzliwie mi się przyglądając.
- Nie, potrafię dochować sekretu – odparłam z wyraźnym akcentem na drugą część zdania.
- Inaya ani rada nie chcą się jeszcze zgodzić, ale chcę oddać koronę...
- Co?... Czemu? Komu? Jak to? - zaskoczył mnie.
Pokręcił głową, wlepiając wzrok w ekran komputera. Potem zamknął klapę i zerknął na mnie, zastanawiając się czy powinien drążyć temat.
- Nie chcę tego. To tylko komplikuje mi życie. Musiałem, ponieważ nie było nikogo innego, ale skoro mamy dwóch kolejnych zapalonych kandydatów...
- Nie mówisz poważnie...?
Uśmiechnął się, więc miałam nadzieję, że zaraz wybuchnie śmiechem i mianuje mnie swoją nadworną asystentką czy coś... Jednak tak się nie stało.
- Całkiem poważnie.
- Myślisz, że oni chcieliby zająć twoje miejsce?
- Tak sądzę. Z resztą... nie będą mieli wyjścia. Wyjeżdżam zaraz po ogłoszeniu tego podczas niedzielnego pokazu sztucznych ogni. Jeśli ktoś spróbuje mnie powstrzymać, będę wiedział, że to ty powiedziałaś.
- Obiecuję, że nikomu nie zdradzę, ale... zastanów się, Falco.
- Zastanawiam się od miesiąca. - Popatrzył na mnie z uśmiechem mówiącym „nie próbuj, nie uda ci się”.
- Nie będziesz się martwił tym, że zwalasz to na kogoś innego?
- Niektórym może się to podobać, ja nie jestem do tego stworzony, ale oni... mogą się do tego naprawdę nadawać i kochać to zajęcie.
Wstałam i ruszyłam do wyjścia.
- Katherine – zawołał mnie. - Uważaj na Inayę, będzie miała związane z tobą plany.
Wolałam nie wiedzieć co to za plany. Wyszłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz