niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 8

Kiedy się obudziłam, Lauren nie było już w pokoju. Natomiast na stoliku pod oknem leżała tacka z kanapkami i dwie szklanki z sokiem pomarańczowym. Nie było mowy bym potrafiła wytrzymać bez jedzenia choć minutę dłużej, więc od razu zabrałam się do śniadania. Poza tym... chyba bałam się stamtąd wyjść. 
Po godzinie oczekiwania na powrót współlokatorki zdecydowałam, że muszą wziąć sprawy we własne ręce. Ostrożnie otworzyłam drzwi i wyjrzałam na korytarz. Zerknęłam na zegar, który wisiał nad rzeźbionym portalem na jednym końcu. Wskazówka zatrzymała się na godzinie czwartej...
Wolnym krokiem, uważnie nasłuchując, ruszyłam w przeciwnym kierunku. Zauważyłam schody, prowadzące na dół, na plażę. Nie mogłam się powstrzymać i przyspieszyłam. 
Chwilę później spacerowałam już po niemalże białym, czystym piasku, powoli zbliżając się do wody. Znowu mogłam się poczuć zupełnie normalnie. Nie musiałam uciekać, bać się... To było miłe uczucie. 
Nie trwało jednak długo, ponieważ zauważyłam osobę, idącą w moją stronę. Tych czarnych skrzydeł nie mogłam pomylić z nikim innym. Inaya podeszła do mnie z rękami w kieszeniach jeansów i popatrzyła na fale, stojąc kilka metrów od brzegu. Nie odzywała się, więc i ja milczałam. W końcu zaczęłam się czuć nieswojo.
- Przepraszam, że wysz...
- W porządku – przerwała mi. - Martwi mnie inna sprawa.
Zerknęłam na nią, ale wciąż obserwowała wodę. Miała dziwny wyraz twarzy, trochę zamyślony, trochę gniewny, może też nieco uparty. 
- Hmm, jaka? - zagadnęłam, kiedy po kilkunastu sekundach wciąż nie rozwijała tematu.
- Nie masz mocy. To jest jakby... niemożliwe. Chyba, że ty... to tak naprawdę nie ty.
Gwałtownie podniosłam na nią wzrok pełen zaskoczenia. O co jej chodziło?... 
Uśmiechnęła się i skrzyżowała ręce. Po raz pierwszy odkąd tu przybyła spojrzała mi w oczy, ale jej spojrzenie było tak świdrujące, że nie potrafiłam go wytrzymać. 
- Falco wyjaśnił reszcie wasze pochodzenie. Jednak ty, ty nie jesteś jedną z nich. Jedną z nas – poprawiła się po chwili. - Coś nam umknęło i bardzo zastanawia mnie czy ty wiesz o czymś, o czym nie chcesz nam powiedzieć.
Nie wiedziałam jak zareagować. Co miała na myśli?! 
- Ale przecież... Rex mówił, że znaleziono nas tego samego dnia. Porzuconych i... ja naprawdę nie mam o niczym pojęcia. Jeszcze kilka dni temu nawet nie śniło mi się, że moi rodzice to federalni agenci! Jak możesz myśleć, że coś ukrywam! - wykrzyczałam, a moje kanaliki łzowe nie zawiodły i tym razem, obficie zalewając policzki łzami.
- Wierzę ci – powiedziała, gdy próbowałam ochłonąć. - Musimy się dowiedzieć wszystkiego.
- Powiedz mi to, co powiedziałaś reszcie. Proszę, bardzo chcę wiedzieć na czym stoję.
- Hah, nawet ja tego nie wiem. Nie mam pojęcia kim jesteś. Natomiast twoi... przyjaciele... są naszą rodziną. Dokładnie dziećmi wujka Arifa, czyli brata mojego ojca. Kilka miesięcy po ich narodzinach okazało się, że mamy w zamku szpiegów obcej narodowości – amerykanów. Zabrali dzieciaki, czworaczki, po czym ulotnili się zanim ktokolwiek zdołał ich powstrzymać. Nie wiedzieliśmy gdzie są, czy żyją. Dopiero kiedy dowiedzieliśmy się, że z wojskowej bazy uciekli obdarzeni nadludzkimi mocami nastolatkowie... wszystko stało się jasne. No może prawie wszystko. To miał być koniec problemów. Dzieciaki wróciły. Jednak okazuje się, że nie wszystkie. Nie wiem, co stało się z drugą dziewczynką, ale ty nią nie jesteś, więc musimy ją znaleźć.
Zatkało mnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz