wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 10


Lauren pogłaskała mnie po plecach, podsuwając pod nos pudełko chusteczek. W końcu się znalazły... Ostrożnie podniosłam się na łokciach i odebrałam od niej paczkę. 
- Będzie dobrze – powiedziała, jak to miała w zwyczaju.
- Wątpię w to...
- Kath, powinnaś myśleć optymistycznie. Żyjesz, uciekłaś z tajnego laboratorium, masz ludzi, którzy chcą cię wspierać... No już, nie płacz.
Wydmuchałam nos, nie chcąc tego słuchać. 
- Nie poddawaj się – kontynuowała niezrażona.
- Lauren! Ty nie rozumiesz! - wybuchnęłam.
Zaraz jednak się uspokoiłam. Nie powinnam mieć do niej pretensji, pomaga mi od samego początku. Jest moją przyjaciółką.
- Przepraszam...
- Nie szkodzi.
- Po prostu... Przyjechałaś tu i dowiedziałaś się o sobie wszystkiego, co chciałaś wiedzieć. Tymczasem ja jestem w zupełnie odwrotnej sytuacji... Wiem jeszcze mniej. To... nie chcę się tak czuć. Nie chcę...
- Już dobrze.... - Przytuliła mnie i nie puszczała, dopóki nie obiecałam, że spróbuję stawić temu czoła. I w końcu przestanę wypuszczać z siebie hektolitry łez, bo przecież one i tak w niczym nie pomagają...

***

Życie w zamku... mogłabym się do tego przyzwyczaić. Mieszkaliśmy tu nieco ponad miesiąc, a zdążyłam już poznać każdy zakamarek budynku. Często odwiedzałam kuchnię, gdzie pani Hanea, urocza starsza kobieta o intensywnie orzechowych oczach, często zostawiała mi coś słodkiego do przegryzienia po spacerze. Całymi dniami wędrowałam po miasteczku i okolicy. Pokochałam to miejsce za jego spokój i sielankowy nastrój. Wraz z pojawieniem się pierwszych gwiazd nadchodził chłód, który jednak znikał w ciągu dnia. W godzinach obiadowych temperatura dochodziła do trzydziestu stopni. 
Przechadzając się między kolorowymi straganami podczas sobotniego targu, rozmyślałam o przyjęciu organizowanym z okazji siedemnastych urodzin cudem sprowadzonych do domu książąt i księżniczki oraz mnie. Katherine, której historii nie znał chyba nikt na świecie. Inaya twierdzi, że ludzie, którzy podmienili mnie na potomkinię Arifa muszą coś wiedzieć i kiedy tylko ich znajdziemy, ona osobiście przeprowadzi przesłuchanie. 
- Świeże małże! Ośmiorniczki! Tanio! - wykrzyczał jeden z handlarzy tuż przy moim uchu, wyrywając mnie z zamyślenia.
Przyspieszyłam kroku, by jak najszybciej dotrzeć do południowej plaży. Byłam już niemal spóźniona na spotkanie z moim „niedoszłym rodzeństwem”. Czekali już na rozłożonych na piasku ręcznikach z koszem przygotowanych przez kucharki. 
- Przepraszam, ciężko było przedrzeć się przez ten tłum – powiedziałam, uśmiechając się.
- Dlatego woleliśmy wyjść wcześniej i iść lasem. - Lauren wytknęła język, a potem zabrała się do jedzenia ciasteczek z czekoladą.
Cała trójka trzymała się razem, zacieśniając rodzinne więzi. Rozumiałam to, dlatego wolałam się nie wtrącać. Tym bardziej, że czasami zapraszali mnie na pikniki albo wycieczki, żebym nie czuła się pokrzywdzona.
- Hm, a co z tą sprawą... no wiecie...? - zagadnął mnie Keith, jako że to właśnie ja nieustannie starałam się wyciągnąć od Inayi najnowsze informacje. Dziewczyna zdawała się mnie coraz bardziej nienawidzić za zawracanie jej głowy, jednak ciekawość była silniejsza ode mnie.
- Ina mówi, że nic nowego. Falco ciągle szuka newsów o jakichś dziwnych anomaliach, które mogłaby spowodować osoba z niestabilnymi mocami.
- Właściwie to na jakiej podstawie sądzi, że skoro nie masz mocy, to automatycznie nie możesz być naszą siostrą. W końcu mówiła, że zdarzały się takie przypadki.
- No tak, tylko że każde dziecko z rodziny królewskiej jest badane pod tym kontem. Czy ma w genach to coś. Wszystkie czworaczki miały. Ja nie.
Zapanowała chwila milczenia, równie niezręczna, co dołująca. W końcu przerwał ją Rex. 
- Czy to delfiny? - Popatrzył na ocean.
Do końca dnia nie poruszaliśmy tego tematu. Zajęliśmy się zabawą, bo tego właśnie potrzebowaliśmy najbardziej. Relaksu i chwili wytchnienia od problemów. Do zamku wróciliśmy późnym wieczorem. 
- Zajrzę jeszcze do kuchni.
- Okej, to do jutra.
- Pa...
Odprowadziłam ich wzrokiem, a potem odetchnęłam, mogącw końcu pobyć sama. Niespiesznym krokiem przeszłam przez kilka bram i korytarzy, by w końcu dostać się do sporego pomieszczenia z mnóstwem urządzeń. Pod ścianami poustawiano lodówki, piece, blaty, kuchenki i szafki z naczyniami, a na środku wielki blat, na których kucharki przygotowywały potrawy. Nikogo nie było już w środku, więc obsłużyłam się sama. Zrobiłam sobie herbatę, a do tego wzięłam jeszcze grzankę z serem, po czym udałam się w stronę swojego pokoju. 
Byłam mniej więcej w połowie drogi, kiedy przechodząc obok schodów usłyszałam kłótnię Inayi i Falco, dochodzącą z komnaty na wyższym piętrze. Pomyślałam, że to może mieć coś wspólnego z nami, więc cichutko weszłam na górę i zbliżyłam się do drzwi. 
- Taka była wola ojca, nie powinieneś się temu sprzeciwiać – warknęła, chociaż ciągle była opanowana.
- To już nie ma znaczenia. Poza tym, przecież ty i tak nie możesz mnie zrozumieć. Nikogo nie możesz. Nie masz uczuć, pamiętasz?
- Może i nie mam uczuć, ale mam zdrowy rozsądek. Jesteś odpowiedzialny za kraj, wiedziałeś o tym. Wiedziałeś, że któregoś dnia będziesz musiał objąć tron. Tym czasem co zrobiłeś? Zakochałeś się w mutantce? Tak Falco, to było bardzo uczuciowe. Brawo. Pomogło ci? Nie sądzę.
- Tata też ożenił się z miłości – odparł, a w jego głośnie dosłyszałam poważną niepewność.
- Oh, świetny przykład! - sztucznie się ucieszyła. - Wyszedł na tym wspaniale, nieprawdaż?
Nie wiedział co odpowiedzieć. 
- Falco... Nie chcę mieć w tobie wroga, a ty nie chcesz mieć ze mną na pieńku. Musisz zrozumieć, że to co ty chcesz, po prostu się teraz nie liczy. Nie możesz poślubić mutantki i koniec kropka. Powinieneś zainteresować się Katherine. Skoro już tu jest i nie ma co z nią zrobić...
Zachłysnęłam się powietrzem, ale w porę opanowałam się na tyle, by nie wykonać żadnego hałaśliwego ruchu, który mógłby zdradzić moją obecność. 
Chłopak parsknął śmiechem. 
- Wybacz, siostrzyczko, ale nie zamierzam zainteresować się Katherine. Jest inne wyjście.
W skupieniu oczekiwałam na to „inne wyjście”, kiedy Inaya jakby zrozumiała o co mu chodzi.
- Mówisz poważnie? - zapytała.
- Bardzo poważnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz