środa, 18 marca 2015

Rozdział 11


- Co tak długo? - zapytała Lauren, kiedy w końcu pojawiłam się w naszym pokoju.
- Aaa... nie mogłam znaleźć herbaty... - powiedziałam pierwsze, co przyszło mi na myśl. Napój był już zimny, ale nie ważne...
Wzięłam szybki prysznic i położyłam się do łóżka, gdzie mogłam w spokoju pomyśleć. „Inne wyjście”? Czy naprawdę nie mogli omówić tego zagadnienia tak, bym mogła dokładnie je zrozumieć?... Wiem, że nieładnie jest podsłuchiwać, jednak jeśli osoby, które się szpieguje, rozmawiają o czymś, co może zaważyć o moim losie, to chyba jednak mam prawo?... 

***

Popatrzyłam na piękną, ciemnozieloną suknię balową leżącą na moim łóżku. Stałam nad nią przez tak długi czas, że Lauren zainteresowała się tym zjawiskiem i spojrzała mi przez ramie. 
- Moja jest prawie taka sama – zawyrokowała. - Tylko niebieska.
Zerknęłam na wieszak zaczepiony o drzwi szafy. 
- Nigdy nie byłam na balu – stwierdziłam nieśmiało.
- Nie bój nic, wystroimy się tak, że żaden kawaler nie będzie w stanie oderwać od nas wzroku. - Puściła mi oczko.
Skoro tak... I tak trochę się bałam. 
Miałyśmy być gotowe na siedemnastą. Przez cały ten czas przygotowywałyśmy się na wieczór. W tych sprawach byłam zupełnie nieobeznana, ale blondynka cierpliwie tłumaczyła mi jak zakręcić włosy, a potem praktycznie wyczarowała nam obu piękny, naturalny makijaż. 
- Jesteś wielka – powiedziałam, gdy stałyśmy przed dużym lustrem.
- Tak, no wiem – odparła ze śmiechem, poprawiając białe rękawiczki.
Rozległo się ciche pukanie. Zabrałyśmy ze sobą szale i wyszłyśmy, witając Rexa i Keitha ciepłymi uśmiechami. Mieli na sobie eleganckie, czarne garnitury i muszki. To było takie oficjalne, takie poważne... chyba zaczynałam się trząść. 
- Niech blondynki idą razem – zadecydował pierwszy z panów, z radością odnotowując oburzenie na twarzy drugiego. Podał mi ramię i ruszyliśmy w parach na dół. Na dziedzińcu zrobiło się tłoczno. Wszyscy mieszkańcy miasta byli zaproszeni, ale niestety nie wszyscy zdecydowali się pojawić. Cała reszta czekała przed wejściem, aż pojawią się wszyscy członkowie rodziny królewskiej. Okazali się nad wyraz mili, witając nas oklaskami. Uśmiechali się do nas i było to szczere, przyjazne powitanie.
Powoli weszliśmy na schody, prowadzące prosto do największego pomieszczenia w zamku – sali tronowej, która w dni takie jak ten  spełniała także rolę sali balowej. Gwardziści utworzyli sztuczny korytarz prowadzący do tronu, stojąc pod białymi, marmurowymi kolumnami. Dyskretnie popatrzyłam w górę. Sufit był tak daleko...
Rex przewidział, że jak zwykle się potknę, wyratował mnie przed upadkiem i uśmiechnął się pod nosem, starając się nie roześmiać. Mhm, bardzo zabawne... 
Dotarliśmy do tronu i tak jak ćwiczyliśmy przez ostatni tydzień – rozdzieliliśmy się i stanęliśmy po dwóch stronach zdobionego złotem, luksusowego fotela. Panie na prawo, panowie na lewo. Wtedy na salę wszedł Falco w towarzystwie swojej siostry. Nie mogłam przestać gapić się na Inayę. Miała na sobie najwspanialszą, kruczoczarną suknię jaką kiedykolwiek widziałam! W połączeniu z jej skrzydłami... wyglądała niezwykle zjawiskowo!
Stanęli przy tronie. 
Gwardziści wyciągnęli przed siebie długie szable w tym samym momencie. Po odliczeniu czterech sekund unieśli je w górę tak, by każdy oręż, stykał się z ostrzem człowieka stojącego naprzeciwko. Po kolejnych czterech sekundach opuścili je, wykonali w tył zwrot i równym marszem odeszli pod ścianę. Gdy się zatrzymali – to był sygnał dla gości. Przy wejściu każdy z nich otrzymywał kieliszek z szampanem. Obserwowaliśmy ich z uśmiechami, mój był trochę wymuszony. Nie powinnam tam stać, nie byłam jedną z nich. 
Orkiestra znajdująca się na balkonie ponad wejściem  zaczęła odgrywać jakąś ładną, wesołą melodię, kiedy tylko wszyscy pojawili się już na sali. Ludzie nie czekali na zaproszenie do tańca, dobierali się w pary lub większe grupy, by zabawić się na parkiecie. Miło było na nich patrzeć, widzieć ich szczęście i słyszeć radosny śmiech. Ich nastrój udzielał się każdemu, dlatego wkrótce nie było osoby, która stałaby bez ruchu pod ścianą. Oczywiście z wyjątkiem gwardzistów... Falco jednak szybko pozwolił im się przyłączyć. 
Lauren brylowała w samym środku rozweselonego tłumu, będąc rozchwytywaną przez tancerzy. Byłam wykończona już po czwartym tańcu, więc kiedy na salę wniesiono stoły z przekąskami i napojami odetchnęłam z ulgą. Rozmawiałam z wieloma ludźmi, których kojarzyłam z miasteczka lub z zamku. Starałam się zapamiętać ich imiona, jednak było ich tyle... Zamieniłam kilka słów z panią Haneą, zachwalając przygotowane przez nią przystawki. 
- Cała tajemnica tkwi w kozim mleku. - Puściła do mnie oczko, by dać się porwać miłemu kawalerowi w średnim wieku. To chyba był ten lokaj, który przyjechał po nas na lotnisko pierwszego dnia.... miał na imię Kai? Karl? Jakoś tak.
- Wszystko gra? - usłyszałam za sobą głos Rexa.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się. - Jest lepiej niż się spodziewałam – dodałam, czując, że wypada powiedzieć coś więcej.
W rzeczywistości ciężko było z nim zamienić więcej niż dwa zdania. Był małomówny i skryty. Chociaż zauważyłam, że od kiedy dowiedział się prawdy, trochę zmienił soje nastawienie do życia. Najwyraźniej wszystko czego potrzebował, to poznanie wszystkich faktów dotyczących swojej historii. Teraz, kiedy był już w swoim domu, zobaczył swoich rodziców na zdjęciach, miał zapewnioną opiekę... zmienił się. Był wyraźnie szczęśliwszy. Częściej się śmiał i więcej mówił. 
- Chodź, zatańczymy... - wyciągnął do mnie rękę, którą przyjęłam i poprowadził nas na parkiet.
Żadne z nas nie było typem wytrawnego tancerza, udawaliśmy, że wiemy co robimy. To było całkiem zabawne, szczególnie wtedy, gdy coś nie wychodziło, ale nie dawaliśmy tego po sobie poznać i ratowaliśmy się wymyślonymi na poczekaniu ruchami. 
- Ciągle nic nie wiadomo? - zapytał, kiedy muzyka zwolniła tempa.
- Nie. Właściwie to wątpię by coś zmieniło się w najbliższym czasie... Chyba muszę przywyknąć do tego, że wzięłam się znikąd. Nigdy  się nie dowiem.
- Głowa do góry. - Uśmiechnął się. - Niektórzy oddali by wszystko, żeby zapomnieć o przeszłości i zacząć żyć z czystą kartą. Pomyśl o tym jak o szansie.
Musiałam przyznać, że te dwa zdania działały na mnie znacznie lepiej niż powtarzane setki razy „będzie dobrze”, autorstwa Lauren. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz