Popatrzyłam na nią z mieszaniną przerażenia i zaskoczenia. Nie potrafiłam wymówić słowa. Dopiero po chwili uspokoiłam się na tyle, by móc wziąć głęboki oddech. Inaya cały czas stała tam bez ruchu i badawczo mi się przyglądała.
- Ale... co teraz ze mną będzie...? - załkałam.
- Nie maż się, dziewczyno. - Wywróciła oczami.
Nie miałam chusteczek. Zaczęłam przeszukiwać kieszenie, ale ubrania były nowe... moim głównym problemem stał się brak chusteczki higienicznej. Na jej brak reagowałam coraz większą paniką, jakby z tego powodu miał się skończyć świat. Wtedy uświadomiłam sobie co się właśnie dzieje. Przecież ja nie mam nie tylko głupiego kawałka papieru. Ja nie mam niczego. Niczego! Nie mam nawet tożsamości! Nie mam rodziny, domu, niczego!
- Uspokój się! - warknęła.
Nie mogłam. Nie mogłam oddychać.
Mocnym i zdecydowanym ruchem pociągnęła mnie za rękę i uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek. To przywróciło mi trzeźwość, ale nadal pogrążałam się w tym depresyjnym smutku.
- Wdech i wydech... - powiedziała znacznie łagodniej.
Przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła, ale w tym geście nie było ani odrobiny sympatii. Ona była mi całkowicie obca. Nie znałam jej i nie lubiłam chłodu, który od niej bił. Złapała mnie za ramiona i odciągnęła od siebie.
- Wszystko jakoś się ułoży – odparła. - Jedno jest pewne. Musisz tu zostać.
- Zostać?... - pisnęłam, starając się w końcu powstrzymać płacz.
- Nie możesz wyjechać. Jeśli już raz tu przyjechałaś, nie ma mowy, żebyśmy pozwolili ci odejść.
Przez chwilę poczułam, że tracę swoją wolność. Jakby ktoś zamykał mnie w klatce. Złotej klatce... Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że to dobrze. Mam coś. Mam miejsce, gdzie jestem akceptowana i gdzie będę mogła pozostać, przeżywając kryzys egzystencjalny. Zastanawiało mnie jednak dlaczego panują tu takie zasady. Jednak nie dane było mi się tego dowiedzieć, ponieważ Inaya pociągnęła mnie w stronę zamku zanim zdążyłam ubrać pytanie w słowa.
***
Zebraliśmy się w dużej, jadalnej sali. Stół był dość długi, mogło się przy nim zmieścić około dwudziestu osób. Wszystko było tutaj takie piękne, jednak nie potrafiłam się tym tak cieszyć, jak robiłam to jeszcze o poranku. Siedziałam nad talerzem z nietkniętą kolacją, wbijając długi widelec w pomidorki koktajlowe, jednak nie jedząc ani kęsa. Wszyscy już wiedzieli. Lauren siedziała obok mnie, Rex i Keith naprzeciwko, a na szczycie stołu Inaya oraz Falco.
- Więc... co z waszymi rodzicami? - Zagadnęła blondynka. - Młodo wyglądacie.
- Ojciec nie żyje. Matka siedzi w więzieniu – spokojnie odpowiedziała Ina, po czym pociągnęła długi łyk soku ze swojej szklanki.
- Ah, przepraszam... - zawstydziła się.
- Nie szkodzi, to w sumie całkiem ciekawa historia – kontynuowała. - Mamusia by...
Falco popatrzył na nią morderczym wzrokiem, jednocześnie ostrzegawczo odchrząkując. Dziewczyna teatralnie westchnęła i odpuściła sobie jakiekolwiek wyjaśnienia rodzinnej historii. Reszta kolacji minęła w ciszy. Odpowiadało mi to, chociaż... może wolałabym przysłuchiwać się cudzej rozmowie, niż zadręczać się pytaniami. Skoro znaleziono mnie razem z nimi szesnaście lat temu... To musiało być celowe. Podmieniono mnie na tamtą dziewczynę? Ale po co?
- Katherine, nic nie jesz... - Lauren spojrzała na mnie z politowaniem.
Pokręciłam głową. Nie chciałam nic mówić. Nie chciałam nawet tam być.
- Mogę iść do pokoju? - zapytałam cicho, ledwo zdobywając się na odwage by w ogóle spojrzeć na Inayę.
Dziewczyna skinęła głową.
Z głośnym zgrzytem odsunęłam krzesło i czym prędzej udałam się do siebie. Zgubiłam się kilka razy, jednak w końcu znalazłam drogę. Padłam na łóżko i ukryłam twarz w poduszkach. Ciche łkanie błyskawicznie przemieniło się w prawidzwą histerię. Nie mogłam znieść tego, że całe moje życie było jednym, wielkim kłamstwem i nikt, łącznie ze mną, nie miał pojęcia kim naprawdę jest Katherine.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz