Schowałam
trzęsące się dłonie do kieszeni, a rozpływające się po ciele
gorąco tylko przyspieszało oddech. Serce biło jak szalone i tylko
twarde kości powstrzymywały je przed wydostaniem się z klatki
piersiowej.
Nikt
nie odważył się odezwać. Liczyło się tylko to, byśmy w jak
najkrótszym czasie oddalili się od tamtego miejsca na jak
największą odległość.
Przerażona
kolejnymi turbulencjami sprawdziłam pas bezpieczeństwa, ale wydawał
się być zapięty w porządku. Ciężko przełknęłam ślinę i nie
kryjąc strachu popatrzyłam na Lauren. Ona również wyglądała
na poważnie spłoszoną. Tak samo jak tamci dwaj, siedzący za
sterami myśliwca.
*
- Mamy
problem. Nie bardzo umiem lądować – odezwał się blondyn,
powodując u mnie atak paniki. Lauren zauważyła to i złapała
mnie za rękę.
- Jesteś
w cholerę subtelny, Keith – warknęła.
- Sorki...
Zapanowała
chwila ciszy. Właściwie nie zupełnej. Myśliwiec cicho szumiał i
co jakiś czas trzeszczał, albo pikał... Skupiłam się na tych
dźwiękach, odpychając złe myśli.
- Co
zamierzasz z tym zrobić?! - krzyknęła poirytowana. Jej uścisk na
mojej dłoni znacznie wezbrał na sile, przez co pisnęłam z bólu.
Nawet nie usłyszała. - Mówię do ciebie! Keith!
Keith
starał się zebrać myśli. Siedział nad konsolą i intensywnie
rozmasowywał skronie. Szeptał do siebie, ale nie potrafiłam
rozróżnić słów.
Lauren
wzięła kilka głębokich oddechów, wyciszając się. Póki
lecieliśmy, wszystko było w porządku. Mieliśmy chwilę na
przemyślenie sytuacji i znalezienie odpowiedniego rozwiązania.
Brunet zwrócił uwagę na kilka kontrolek, które
zaświeciły się na złowrogi, ciemnoczerwony kolor. Szturchnął
kolegę w ramie i pokazał swoje odkrycie. Nie znałam się na
lotnictwie, ale wiedziałam, że to nie oznacza nic dobrego.
- Musimy
szybko zejść na ziemie – powiedział blondyn, zwinnie unikając
morderczego spojrzenia Lauren. - Kończy się paliwo. Nie wiem ile
mam czasu... Maksymalnie dziesięć minut...
- Skąd
wiesz, może spadniemy już za trzy! Zrób coś! To był twój
plan!
- Cóż,
jeśli spadniemy, to rozwiąże problem z lądowaniem... - odparł,
siląc się na obojętny ton, ale jego głos drżał.
Podkurczyłam
nogi pod brodę. Chyba wolałabym być w laboratorium... Przynajmniej
moja śmierć będzie spektakularna... Powiodłam wzrokiem po moim
towarzyszach. Każdy z nich ukrywał prawdziwe emocje, a przynajmniej
starali się to robić, by dodatkowo nie straszyć innych. Słone łzy
potoczyły się po moich policzkach. Wyczuwałam je bardzo dokładnie.
Jedna za drugą.
- Co
z tym... tą... telekinezą?... - powiedziałam nieśmiało,
podnosząc wzrok. - Przesunąłeś tych ludzi... Nie możecie
posadzić myśliwca...?
- To
nie takie proste – odparł brunet, kurczowo zaciskając palce na
podłokietnikach fotela. - To ustrojstwo jest za ciężkie. Nawet
gdybyśmy spróbowali wszyscy razem... nie udało by się –
wyjaśnił. Było mu ciężko. Nie chciał się poddawać, ale w tej
sytuacji...
Lauren
odpięła pasy i wstała, chwiejnie kierując się na tył maszyny.
- Hej!
Co robisz?! - warknął ten sam chłopak, ale gdy usłyszeliśmy
charakterystyczne odgłosy pozbywania się zawartości żołądka –
zniesmaczony odwrócił się do okna.
Kolejna
chwila milczenia. Zdawałoby się, że czekając na śmierć człowiek
chciałby się podzielić swoimi przemyśleniami. Powiedzieć o tym,
o czym nie miał odwagi mówić za życia. Ale nie. My wszyscy
milczeliśmy jak posągi na cmentarzu. Tak jakbyśmy byli już po
drugiej stronie.
- Spadochrony!
- krzyknęła Lauren! - Mamy spadochrony!
Wymieniliśmy
spojrzenia, a brunet natychmiast udał się na tył, by sprawdzić
znalezisko.
- Mamy
sześć pięknych, nowiuteńkich spadochronów! -
zaszczebiotała blondynka, wracając na fotel.
Tymczasem
tamten chłopak sprawdził ich użyteczność. Okazały się być
sprawne. Założyliśmy je zgodnie z instrukcją, a potem ten pomysł
jakby... zdechł. Staliśmy przed szczelnie zamkniętymi drzwiami w
myśliwcu na autopilocie i patrzyliśmy się na siebie, przeczuwając,
że nikt z nas nie da rady pokonać lęków i skoczyć. Nikt z
nas nigdy tego nie robił. Nikt nie wiedział czy przeżyjemy. Ale...
zostając w maszynie mamy jeszcze mniejsze szanse...
- Dobra
– Keith przerwał nieznośną, pełną napięcia cieszę. - Musimy
to zrobić. Zostało co najwyżej kilka minut...
Nikt
nie odpowiedział. Chłopak walczył sam ze sobą, aż w końcu
podjął wewnętrzną decyzję i odblokował drzwi. Do środka wdał
się niemożliwie silny wiatr. Złapałam się metalowej barierki tak
jak pozostali. Przylgnęłam do ściany.
Wyskoczył.
Tak po prostu, jakby robił to wcześniej, chociaż twierdził, że
nie miał takiej okazji. Musieliśmy się spieszyć, aby nie
wylądować zbyt daleko od siebie. Lauren niemal natychmiast
powtórzyła jego wyczyn.
Zdałam
sobie sprawę z mojej słabości.
To
znaczy już wcześniej wiedziałam, że nie jestem w stanie podołać
wielu rzeczom, ale teraz czułam się okropnie słaba. Jakbym nie
potrafiła zrobić nic. Zaciskałam dłonie na metalowej rurze, wbita
w kąt wydzielonego pomieszczenia, po twarzy spływały mi hektolitry
łez, a wiatr targał włosy tak, że nie wiedziałam już nic. Nie
chciałam nic widzieć! Nie chciałam nic czuć! Chciałam żeby to
się skończyło! Już! Teraz! Natychmiast!
- Nie,
nie, nie, nie mogę, nie dam rady... - mówiłam chaotycznie,
nawet nie zdając sobie sprawy kiedy moje myśli przerodziły się w
słowa. Krztusiłam się powietrzem, nie mogłam oddychać, dusiłam
się.
- Nie
możesz tu zostać – powiedział ten chłopak. - Musimy iść.
Objął
mnie, poświęcając kilka sekund na uspokajanie mnie, ale samolot
zaczął tracić wysokość. Zamiast zwykłych kontrolek, przy
sterach rozległ się alarm. Brunet zdecydowanym gestem odczepił
mnie od barierki i ignorując moje wierzganie i dziką histerię,
wyskoczył z maszyny, złapawszy mnie tak silnie, że nie miałam
nawet możliwości by się ruszyć.
To
dziwne, ale opuściła mnie wówczas panika. Kiedy znalazłam
się w powietrzu, wszystko stało się inne. Takie klarowne, czyste,
może nawet bezpieczne.
Niestety
wszystko wróciło, kiedy zdałam sobie sprawę z jak wielką
prędkością zbliżamy się do ziemi.
Pociągnął
za linki, a nasze spadochrony otworzyły się prawie jednocześnie.
Były wielkie i czarne, zamknęłam oczy nie chcąc patrzeć na to,
co będzie działo się dalej.
Ale
wszystko było w porządku. Bałam się szczególnie tego, że
wylądujemy na skałach lub nabijemy się na szczyty sosen, ale los
nam sprzyjał i wygodnie ułożył nas na porośniętej gęstą trawą
łące. Nie potrafiłam podnieść powiek. W ciszy analizowałam
sytuację. Nic mnie nie bolało. Czułam pod bijące serce chłopaka.
Żył, żyliśmy, misja zakończona sukcesem.
Jednak
przypomniałam sobie, ze to wcale nie koniec. To był dopiero
początek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz