niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 3

Schowałam trzęsące się dłonie do kieszeni, a rozpływające się po ciele gorąco tylko przyspieszało oddech. Serce biło jak szalone i tylko twarde kości powstrzymywały je przed wydostaniem się z klatki piersiowej.
Nikt nie odważył się odezwać. Liczyło się tylko to, byśmy w jak najkrótszym czasie oddalili się od tamtego miejsca na jak największą odległość.
Przerażona kolejnymi turbulencjami sprawdziłam pas bezpieczeństwa, ale wydawał się być zapięty w porządku. Ciężko przełknęłam ślinę i nie kryjąc strachu popatrzyłam na Lauren. Ona również wyglądała na poważnie spłoszoną. Tak samo jak tamci dwaj, siedzący za sterami myśliwca.

*

- Mamy problem. Nie bardzo umiem lądować – odezwał się blondyn, powodując u mnie atak paniki. Lauren zauważyła to i złapała mnie za rękę.
- Jesteś w cholerę subtelny, Keith – warknęła.
- Sorki...
Zapanowała chwila ciszy. Właściwie nie zupełnej. Myśliwiec cicho szumiał i co jakiś czas trzeszczał, albo pikał... Skupiłam się na tych dźwiękach, odpychając złe myśli.
- Co zamierzasz z tym zrobić?! - krzyknęła poirytowana. Jej uścisk na mojej dłoni znacznie wezbrał na sile, przez co pisnęłam z bólu. Nawet nie usłyszała. - Mówię do ciebie! Keith!
Keith starał się zebrać myśli. Siedział nad konsolą i intensywnie rozmasowywał skronie. Szeptał do siebie, ale nie potrafiłam rozróżnić słów.
Lauren wzięła kilka głębokich oddechów, wyciszając się. Póki lecieliśmy, wszystko było w porządku. Mieliśmy chwilę na przemyślenie sytuacji i znalezienie odpowiedniego rozwiązania. Brunet zwrócił uwagę na kilka kontrolek, które zaświeciły się na złowrogi, ciemnoczerwony kolor. Szturchnął kolegę w ramie i pokazał swoje odkrycie. Nie znałam się na lotnictwie, ale wiedziałam, że to nie oznacza nic dobrego.
- Musimy szybko zejść na ziemie – powiedział blondyn, zwinnie unikając morderczego spojrzenia Lauren. - Kończy się paliwo. Nie wiem ile mam czasu... Maksymalnie dziesięć minut...
- Skąd wiesz, może spadniemy już za trzy! Zrób coś! To był twój plan!
- Cóż, jeśli spadniemy, to rozwiąże problem z lądowaniem... - odparł, siląc się na obojętny ton, ale jego głos drżał.
Podkurczyłam nogi pod brodę. Chyba wolałabym być w laboratorium... Przynajmniej moja śmierć będzie spektakularna... Powiodłam wzrokiem po moim towarzyszach. Każdy z nich ukrywał prawdziwe emocje, a przynajmniej starali się to robić, by dodatkowo nie straszyć innych. Słone łzy potoczyły się po moich policzkach. Wyczuwałam je bardzo dokładnie. Jedna za drugą.
- Co z tym... tą... telekinezą?... - powiedziałam nieśmiało, podnosząc wzrok. - Przesunąłeś tych ludzi... Nie możecie posadzić myśliwca...?
- To nie takie proste – odparł brunet, kurczowo zaciskając palce na podłokietnikach fotela. - To ustrojstwo jest za ciężkie. Nawet gdybyśmy spróbowali wszyscy razem... nie udało by się – wyjaśnił. Było mu ciężko. Nie chciał się poddawać, ale w tej sytuacji...
Lauren odpięła pasy i wstała, chwiejnie kierując się na tył maszyny.
- Hej! Co robisz?! - warknął ten sam chłopak, ale gdy usłyszeliśmy charakterystyczne odgłosy pozbywania się zawartości żołądka – zniesmaczony odwrócił się do okna.
Kolejna chwila milczenia. Zdawałoby się, że czekając na śmierć człowiek chciałby się podzielić swoimi przemyśleniami. Powiedzieć o tym, o czym nie miał odwagi mówić za życia. Ale nie. My wszyscy milczeliśmy jak posągi na cmentarzu. Tak jakbyśmy byli już po drugiej stronie.
- Spadochrony! - krzyknęła Lauren! - Mamy spadochrony!
Wymieniliśmy spojrzenia, a brunet natychmiast udał się na tył, by sprawdzić znalezisko.
- Mamy sześć pięknych, nowiuteńkich spadochronów! - zaszczebiotała blondynka, wracając na fotel.
Tymczasem tamten chłopak sprawdził ich użyteczność. Okazały się być sprawne. Założyliśmy je zgodnie z instrukcją, a potem ten pomysł jakby... zdechł. Staliśmy przed szczelnie zamkniętymi drzwiami w myśliwcu na autopilocie i patrzyliśmy się na siebie, przeczuwając, że nikt z nas nie da rady pokonać lęków i skoczyć. Nikt z nas nigdy tego nie robił. Nikt nie wiedział czy przeżyjemy. Ale... zostając w maszynie mamy jeszcze mniejsze szanse...
- Dobra – Keith przerwał nieznośną, pełną napięcia cieszę. - Musimy to zrobić. Zostało co najwyżej kilka minut...
Nikt nie odpowiedział. Chłopak walczył sam ze sobą, aż w końcu podjął wewnętrzną decyzję i odblokował drzwi. Do środka wdał się niemożliwie silny wiatr. Złapałam się metalowej barierki tak jak pozostali. Przylgnęłam do ściany.
Wyskoczył. Tak po prostu, jakby robił to wcześniej, chociaż twierdził, że nie miał takiej okazji. Musieliśmy się spieszyć, aby nie wylądować zbyt daleko od siebie. Lauren niemal natychmiast powtórzyła jego wyczyn.
Zdałam sobie sprawę z mojej słabości.
To znaczy już wcześniej wiedziałam, że nie jestem w stanie podołać wielu rzeczom, ale teraz czułam się okropnie słaba. Jakbym nie potrafiła zrobić nic. Zaciskałam dłonie na metalowej rurze, wbita w kąt wydzielonego pomieszczenia, po twarzy spływały mi hektolitry łez, a wiatr targał włosy tak, że nie wiedziałam już nic. Nie chciałam nic widzieć! Nie chciałam nic czuć! Chciałam żeby to się skończyło! Już! Teraz! Natychmiast!
- Nie, nie, nie, nie mogę, nie dam rady... - mówiłam chaotycznie, nawet nie zdając sobie sprawy kiedy moje myśli przerodziły się w słowa. Krztusiłam się powietrzem, nie mogłam oddychać, dusiłam się.
- Nie możesz tu zostać – powiedział ten chłopak. - Musimy iść.
Objął mnie, poświęcając kilka sekund na uspokajanie mnie, ale samolot zaczął tracić wysokość. Zamiast zwykłych kontrolek, przy sterach rozległ się alarm. Brunet zdecydowanym gestem odczepił mnie od barierki i ignorując moje wierzganie i dziką histerię, wyskoczył z maszyny, złapawszy mnie tak silnie, że nie miałam nawet możliwości by się ruszyć.
To dziwne, ale opuściła mnie wówczas panika. Kiedy znalazłam się w powietrzu, wszystko stało się inne. Takie klarowne, czyste, może nawet bezpieczne.
Niestety wszystko wróciło, kiedy zdałam sobie sprawę z jak wielką prędkością zbliżamy się do ziemi.
Pociągnął za linki, a nasze spadochrony otworzyły się prawie jednocześnie. Były wielkie i czarne, zamknęłam oczy nie chcąc patrzeć na to, co będzie działo się dalej.
Ale wszystko było w porządku. Bałam się szczególnie tego, że wylądujemy na skałach lub nabijemy się na szczyty sosen, ale los nam sprzyjał i wygodnie ułożył nas na porośniętej gęstą trawą łące. Nie potrafiłam podnieść powiek. W ciszy analizowałam sytuację. Nic mnie nie bolało. Czułam pod bijące serce chłopaka. Żył, żyliśmy, misja zakończona sukcesem.
Jednak przypomniałam sobie, ze to wcale nie koniec. To był dopiero początek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz