środa, 7 stycznia 2015

Rozdział 2

Drzwi otworzyły się z cichym szumem, więc podniosłam się na łokciu, by sprawdzić kto przyszedł. Nie spodziewałam się zobaczyć tej blondynki... Dziewczyna, która siedziała wraz z dwójka chłopaków w sali pełnej stolików miała bardzo wystraszoną minę. Rozejrzała się, stojąc na progu, a potem pospiesznie weszła do środka.
- Musimy uciekać – powiedziała, ciężko przełykając ślinę.
- Co się dzieje? - zaniepokoiłam się.
Nie wiem, który już raz wypowiedziałam to samo pytanie. Przez ostatnie dwanaście godzin pytam o to bez przerwy...
- Nie ma czasu, musimy stąd uciekać. Nie znam cię, ale musisz mi zaufać.
Mówiła prawdę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Złapała mnie za rękę, zanim jeszcze zdołałam postawić stopy na ziemi i błyskawicznie wybiegłyśmy z pomieszczenia. Biały i jasny korytarz był pusty. Mój pokój był jednym z wielu.
- Proszę, powiedź mi o co chodzi – zwróciłam się do niej.
- Obiecuję, że wszystko wyjaśnię, ale nie jesteśmy tu bezpieczni. Rex i Keith próbują dostać się do hangaru.
- Naprawdę chcecie uciec... - Zatrzymałam się gwałtownie i popatrzyłam na nią, nawet nie starając się ukryć strachu.
- Próbuję cię ratować i byłoby miło gdybyś jednak współpracowała.
- Nie wiem co jest grane! Nie wiem dlaczego tu jestem! Nie wiem co się dzieje! Nie wiem... nie wiem o niczym... - Niespodziewanie wybuchnęłam płaczem.
Blondynkę trochę to uspokoiło. Podeszła i przytuliła mnie do siebie, głaszcząc po plecach. Czułam jak bardzo bije jej serce.
- Też się boisz, prawda? - wydukałam.
- Wszyscy się boimy. Nie możemy tu zostać – przemówiła łagodnie.
Nie powinnam jej była oceniać tak pochopnie. Może miała na sobie kilogramowy makijaż i kolorowe, modne ubrania, ale była w porządku.
Pokiwałam głową.
Natychmiast ruszyłyśmy dalej najpierw marszem, a potem ruszyłyśmy biegiem. Zdawało się, że dziewczyna dobrze wie dokąd się kierować i trochę mnie to zastanowiło. Ostatecznie jednak nie miałam czasu na przemyślenia i podążałam za nią, licząc na to, że nie stanie mi się nic złego.
W pewnym momencie stanęła jak wryta i mocno popchnęła mnie na ścianę. Chciałam krzyknąć, ale zasłoniła mi dłonią usta, drugą ręką dając znak, że mam siedzieć cicho. Wskazała na dwóch ochroniarzy, którzy podążali prostopadłym korytarzem.
- Jestem Lauren – szepnęła, uśmiechając się słabo.
- Katherine.
Kilkanaście sekund później znowu byłyśmy w drodze. Labirynt jednakowych ścian i sufitów nie miał końca. Nie wiedziałam jak blondynka radzi sobie z odnalezieniem właściwego szlaku, ale dość szybko rozpoznałam ogromne pomieszczenie, do którego wpadłyśmy. Schowałyśmy się za wielką maszyną z podłączonymi do niej dwiema grubymi rurami. Cała machina przeraźliwie buczała.
- Są tam. - Lauren wskazała na mały myśliwiec, znajdujący się w wyjątkowo niekorzystnym miejscu, czyli na najdalszym końcu hangaru.
Za oknem samolotu zauważyłam tych dwóch.
- Jak się tam dostaniemy? Wszędzie kręcą się ludzie.
- Masz już moce?
Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem.
- Jakie moce?
Pokręciła głową z westchnieniem i złapała mnie za rękę, po czym... zniknęła. Spojrzałam na swoją rękę, ale jej też nie było! Nie było mnie!
- Jak?!
- Cii... dojdziemy tam bez problemu, ale nie gadaj...
Zszokowało mnie to, więc zachowanie ciszy nie było takie trudne. Czułam każdą część mojego ciała, ale nie wiedziałam żadnej. Dotknęłam ręką policzka i okazało się, że bym na swoim miejscu. Odetchnęłam z ulgą i pozwoliłam się zaprowadzić pod same drzwi maszyny. Weszłyśmy do niej po schodkach i Lauren mogła mnie już puścić.
W środku ci dwaj próbowali rozgryźć konsolę, by móc uruchomić myśliwiec. Skoro jeszcze tego nie wiedzieli, poczułam nagłą chęć powrotu do mojej białej izolatki...
Powoli wycofałam się w stronę wyjścia, ale zanim zeszłam na dół, jeden z nich złapał mnie za kurtkę i wprowadził z powrotem na pokład. Ten z ciemnymi włosami. Chyba był na mnie zły...
- Nie jestem pewna czy chcę...
- Po prostu zapnij pasy – przerwał mi, wracając do kolegi.
Lauren siedziała już na miejscu i niespokojnie zerkała przez okno.
- Chcę wyjść! - Zebrałam się na odwagę, by powiedzieć to głośno i wyraźnie.
- Żeby cię zabili?
Spojrzałam na niego, marszcząc brwi i wstrzymując oddech. Dopiero po chwili wzięłam długi wdech i powoli wypuściłam powietrze. Nie wolno mi panikować...
- Zabili?...
- Jeszcze nic nie rozumiesz? - prychnął.
- Jeszcze nie ma mocy – wtrąciła się Lauren, a pozostali popatrzyli na mnie z dziwną mieszaniną zdziwienia i rozczarowania.
Nerwowo poruszyłam się na fotelu i złożyłam trzęsące się dłonie na kolanach.
- Naprawdę nie wiem co się dzieje. Nie wiem czemu mama mnie tu przywiozła i nie wiem dlaczego ona zrobiła nas niewidzialnymi. - Mój głos drżał i nie potrafiłam tego opanować. Wychodziłam na strasznego mazgaja, ale to chyba było najmniejsze zmartwienie...
- Twoja mama? - powiedział z rozbawieniem. - Nie masz rodziców. Tak jak i my. Okłamywali nas przez szesnaście lat, a kiedy przyszedł czas, przywieźli nas tu „dla nauki”. - Zakreślił w powietrzu cudzysłów.
- Co ty mówisz...
- Widziałem wszystkie dane, wszystkie dokumenty, akta, raporty...
- Kiedy dziś rano ktoś zadzwonił do mamy, mówiła, że co miesiąc składa jakiś raport, ale nie sądzę, że chodziło o mnie... Chodziło?
- Niespodzianka. Zostali wybrani kilka dni po tym, jak nas znaleziono. To agenci i to świetnie wyszkoleni.
Moja mina musiała być dość wymowna. Chłopak zmieszał się swoim zachowaniem i westchnął.
- Sorki... Ale wiesz, dowiedzieć się o tym... jestem potwornie wkurzony.
- Zaczekaj... znaleziono nas?
- W północnej Kalifornii, prawie szesnaście lat temu. Wzięliśmy się znikąd, a po wstępnych testach odkryto obce DNA. Sprawą zajął się rząd. Stwierdzili, że najlepszym wyjściem będzie umieszczenie nas w pseudo rodzinach, starannie kontrolowanych. Rok temu u Lauren uaktywniły się moce, potem byłem ja i Keith. Ty będziesz kolejna... no i ostatnia.
Ze zdumienia opadła mi szczęka. Próbowałam coś powiedzieć, ale zapomniałam jak się to robi. Pomyślałam, że zaraz ktoś powie, że bardzo łatwo mnie nabrać i wszyscy zaczniemy się śmiać, ale tak się nie stało.
- Sugerujesz, że... że...
- Że nie pochodzimy z tej planety? - dokończył z fałszywym entuzjazmem. - Ta, to właśnie sugeruję.
W całkowitym osłupieniu opuściłam wzrok na podłogę i poczułam się tak, jakbym zaraz miała zwymiotować. Udało mi się powstrzymać, ale dziwne uczucie bliskie przerażeniu pozostało we mnie na długo.
- Już wiem o co chodzi! - zawołał rozpromieniony blondyn, a Lauren cicho westchnęła.
- Zaraz zauważą, że nas nie ma – powiedziała.
Silnik zaczął pracować, a kontrolki na panelu sterowania rozbłysnęły setkami kolorowych światełek. Blondyn zapiął pasy, więc zrobiliśmy to samo. Po chwili złapał za stery i wiedząc, że ma jedynie kilka sekund – ruszył myśliwiec z miejsca, w kierunku wyjścia. Widziałam niebo i szczyty gór w oddali. Rozpędzaliśmy się coraz bardziej i bardziej, słyszeliśmy krzyki pracowników, którzy zdali sobie sprawę z nieautoryzowanego startu.
- Szybciej! - krzyknęła Lauren.
- Szybciej się nie da!
Zbliżaliśmy się do wielkiego szybu w skale. Wtedy pojawili się tam ludzie, kierowaliśmy się prosto na nich... Wtedy brunet groźnie na nich spojrzał, machnął ręka, a tajemnicza siła zmiotła ich na bok. Opuściliśmy górę.

Myśliwiec, będąc w powietrzu, mógł poruszać się szybciej. Już po kilku minutach zniknął znajomy krajobraz Montany, byliśmy daleko, ale wiedzieliśmy, że nie pozostaniemy wolni na długo. Od teraz już zawsze będziemy musieli uciekać. 

1 komentarz:

  1. Kochana...
    Jej!
    Nie znam sie.. Wiesz!
    Ale to byłoo...
    MASAKRA!
    Serio nw co ja bym zrobila na ich miejscu...
    N I E W I E M ! ! !
    Chce wiecej!!!
    Pisz!!!

    OdpowiedzUsuń