piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 1

  Zwykle chodzę spać ostatnia. Tym razem padłam chwilę po dwudziestej drugiej, a mama dzielnie odrabiała swoją pracę domową w kuchni. Zawsze znosiła robotę do domu, ale tym razem ilość papierów na stole robiła wrażenie.
Obudziło mnie dzwonienie telefonu w holu. Pewnie zasnęłabym w mgnieniu oka, gdy tylko ktoś podniósłby słuchawkę, ale pierwsze słowa mojej mamy wypowiedziane po wysłuchaniu krótkiej informacji od dzwoniącego to „o mój Boże...”. Zainteresowana zwlokłam się z łóżka, odgarniając włosy do tyłu. Dzięki grubym skarpetkom z Biedronki poruszałam się bezszelestnie. Drzwi współpracowały. Cichutko przycupnęłam na szczycie schodów i nasłuchiwałam.
- Nie, jest stabilna od lat. Nigdy nie wydarzył się ani jeden incydent... - mówiła zdenerwowana, starając się mówić szeptem. Przestępowała z nogi na nogę z zatroskaną miną. Ciągle zerkała w kierunku sypialni, gdzie chrapał tata. - Macie wszystkie raporty i zapewniam, że nie ma żadnych powodów do obaw. - Nastąpiła chwila przerwy, którą mama skwitowała ciężkim westchnięciem. - Dobrze. Prześlijcie bilety. Przekażę wszystko mojemu partnerowi.
Odłożyła słuchawkę na widełki i przysiadła na fotelu, stojącym obok stolika z telefonem. Chwilę później podniosła się z miejsca i zniknęła za drzwiami sypialni. Nawet gdybym podeszła aż do progu, nie usłyszałabym ani słowa. Wróciłam do pokoju, ale zanim zdążyłam zasnąć, do pokoju weszła mama.
- Kath? Skarbie, śpisz? - zapytała cicho, zapalając lampkę przy łóżku. - Nie martw się o nic, ale musimy się spakować...
Podniosłam się na łokciu i popatrzyłam na nią. Wyglądała na przejętą, ale starała się to ukryć. Związała jasne włosy z kok i przebrała się w granatowy kostium. Zawsze zakładało go, gdy wyjeżdżała służbowo.
- Za dwie godziny musimy być już gotowi. - Pochyliła się, by pocałować mnie w czoło, ale odsunęłam się.
- Co się dzieje?
- Kochanie... - Schowała pasmo moich brązowych włosów za ucho. Nie lubiłam gdy to robiła.
- No powiedz, mam prawo wiedzieć. Co się dzieje? Gdzie jedziemy?
- Do Waszyngtonu – powiedziała niepewnie. Tak jakby nie wiedziała, czy właściwym jest mówić mi o celu podróży. - Moja mama trafiła do szpitala i lekarz zadzwonił do mnie... Powiedział, że powinnam przylecieć i się pożegnać.
Zrobiło mi się głupio, więc przytuliłam ją, mówiąc „przepraszam”.
- Nie zostawię was tutaj. Beze mnie zginiecie. - Zaśmiała się słabo i wyszła, by zająć się swoimi bagażami.
Wyciągnęłam torbę z szafy i wsadziłam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy udało mi się znieść manatki na dół, zauważyłam tatę w roboczym garniturze. Przeszukiwał szafki w kuchni i tajemniczo zerkał na mamę.
- Jestem – oznajmiłam, siadając przy kuchennym blacie.
Mama natychmiast podała mi talerz i ułożyła na nim dwa tosty z nutellą. Zrobiła sobie kawę i usiadła naprzeciwko, czekając aż ojciec znajdzie to, czego szuka. Zauważyłam, że drżą jej ręce, a gdy zdała sobie sprawę, że ja obserwuję – schowała je do kieszeni.
- Długo jeszcze? Co tam znowu zgubiłeś? - zagadała.
- Dam sobie radę – odburknął tata.
Rozszerzył swoje poszukiwania na salon, więc w kuchni zostałyśmy same. Za oknami było jeszcze zupełnie ciemno. Padało, jak to często w Seattle.
W ciszy zjadłam śniadanie, a moja rodzicielka wypiła czarną kawę. Ojciec zjawił się po dwudziestu minutach. Był poważny bardziej niż zwykle.
- Ubierajcie się – zakomenderował.
Założyłam kurtkę i buty. Torbą nie musiałam się już martwić, bo zajęli się nią rodzice. Wpakowaliśmy się do samochodu ojca i ruszyliśmy. Z zainteresowaniem studiowałam widok za oknami. Nie było widać zbyt wiele... Latarnie oświetlały ulice pomarańczowym światłem. Obserwowałam nieliczne samochody za nami i przed nami... Było ich niewiele. W końcu podróże o czwartej rano nie są najbardziej popularnym zajęciem.
- Długo będziemy w Waszyngtonie?
Rodzice wymienili między sobą spojrzenia, przez które zaczęłam się niepokoić. Powstało to dziwne uczucie w żołądku...
- Nie wiem, kochanie – odparła mama – może zostaniemy na cały weekend. W końcu nie możesz opuszczać szkoły.
Wbiłam wzrok w dłonie. Bawiłam się bransoletką z moim imieniem. Katherine... po jakiejś prababci, której nie widziałam nawet na zdjęciu.
Do Waszyngtonu mieliśmy ponad sto mil drogi, zapowiadała się długa jazda w kompletnej ciszy. Zajęłam się telefonem, ale bateria nie była dla mnie łaskawa. W końcu zasnęłam.
Kiedy ponownie otworzyłam oczy samochód stał na parkingu. To nie był byle jaki parking... to był parking przed Białym Domem. Z trudem przełknęłam ślinę i rozejrzałam się. Słońce wstało kilka godzin wcześniej...
Byłam sama i nie widziałam nikogo w promieniu kilkuset metrów. Pod budynkiem stali smutni panowie w czarnych garniturach i okularach przeciwsłonecznych. Bałam się wyjść... Postanowiłam zadzwonić do mamy, ale nie odbierała, tak samo jak ojciec. Skuliłam się na siedzeniu i po prostu czekałam. Co chwilę nerwowo rozglądałam się po okolicy. Widziałam to w telewizji...
To dziwne być tutaj...
Zauważyłam tatę, idącego w moją stronę z dwoma agentami. Otworzył drzwi od mojej strony i wyciągnął rękę.
- Musimy iść.
- Dlaczego tu jesteśmy? - zapytałam, a mój głos drżał dużo mocniej niż się tego spodziewałam.
- Wszystko ci wytłumaczymy, Katherine. Chodź, mama jest w środku.
- Dlaczego!?
- Hej... Nie denerwuj się... Spokojnie, dziecino. Chodź do środka.
Gestem kazał agentom się odsunąć. Niepewnie wyszłam z auta i razem z tatą poszłam w kierunku wejścia. Dwaj ochroniarze otworzyli nam drzwi, dwaj inni szli za nami dalej.
Pokonaliśmy labirynt korytarzy i pokoi w dwie minuty. Wykorzystywałam każdą sekundę na przemyślenia.
Dlaczego tu jesteśmy?
Dlaczego oni coś ukrywają?
W końcu stanęliśmy przed TYMI drzwiami. Wiedziałam, że to one. Wyróżniały się, zawierały w sobie dziwną aurę. Drzwi do gabinetu owalnego.
- Tato? - Popatrzyłam na niego z przestraszoną miną.
- Wszystko w porządku. Chodźmy.
Pchnął jedno ze skrzydeł i weszliśmy do środka. Wypatrywałam twarzy prezydenta, ale nie było go tam. Odczułam dziwną ulgę. Mama siedziała na jednym z foteli. Pod ścianami stali agenci i ludzie w wojskowych mundurach oraz w garniturach. Wszyscy patrzyli na mnie z napięciem, ale nie wiedziałam dlaczego.
- Powinniśmy jej powiedzieć – oświadczyła mama, wstając z miejsca.
- Wszystkie informacje dotyczące tego projektu są tajne. Nikt nie będzie o nim informowany, nawet ona. To tajemnica rządowa, drodzy państwo – odparł groźnie wyglądający generał. Był stary, ale gestykulował z energią dwudziestolatka.
Bałam się powiedzieć cokolwiek, dlatego milczałam. Obserwowałam tych ludzi. Szeptali między sobą, czekając na coś. Sygnał nadszedł niespełna minutę później. Stary generał odebrał telefon.
- Śmigłowiec już czeka – powiedział.
Wszyscy skierowali się w stronę drzwi, tata delikatnie pchnął mnie, bym ruszyła za nimi.
- Co się dzieje? Miałeś mi powiedzieć!
- Po prostu idź.
Był zmęczony i wyczuwałam to w jego głosie. Ja wręcz przeciwnie, strach spowodował produkcję adrenaliny. Przez głowę przemknął mi pomysł ucieczki, ale co jedna krucha szesnastolatka mogłaby zdziałać w starciu z setką ochroniarzy... Posłusznie przemieszczałam się w tłumie, próbując nie stracić z oczu mamy, idącej z przodu.
Wyszliśmy na dach. Wielki, czary śmigłowiec z uruchomionym silnikiem potrafił stworzyć prawdziwą wichurę, ale nikt oprócz mnie nie zdawał się tym przejmować.
- Wsiadać, nie mamy czasu! - krzyknął ten sam staruszek, z tą samą, zaskakującą werwą.
- Co się dzieje? Proszę, powiedz mi – jęknęłam, łapiąc mamę za ramie.
- Wszystko w porządku, skarbie – odpowiedziała, przytulając mnie. - Musimy polecieć w jedno miejsce. Tam wszystkiego się dowiesz.
- Mieliśmy jechać do twojej mamy, mówiłaś mi, kłamałaś! - wybuchnęłam płaczem.
Nie chciałam tego, ale kiedy łzy zaczęły wydostawać się na światło dzienne, nie potrafiłam ich opanować. Widziałam niewiele, ale wojskowi byli mocno zaniepokojeni.
- Uspokój ją! - rozkazał generał.
Mama popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się łagodnie, mocniej mnie ściskając.
- Nie denerwuj się, kochanie. Wszystko będzie dobrze... Tylko się nie denerwuj.
Wyjęła swoją haftowaną chusteczkę i wytarła mi policzki. Wzięłam głęboki oddech i pokiwałam głową.
- W porządku – powiedziała na głos.
W śmigłowcu było dwanaście miejsc. Tata i dwóch agentów zostali na dachu, podczas gdy reszta z nas uniosła się nad ziemią. Generał siedział naprzeciwko mnie i mamy, łypiąc na mnie groźnie. Marzyłam tylko o tym, by to się skończyło. Żebym mogła wrócić do domu i ukryć się pod kołdrą.
Podróż ciągnęła się w nieskończoność. Nie mogłam nic robić, nic mówić... Tylko siedziałam i starałam się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.
- Jesteśmy już w Montanie – powiedział pilot. - Za piętnaście minut będziemy w bazie.
- W bazie? - pisnęłam cichutko, patrząc na mamę. - Ja nie chcę do żadnej bazy...
Pogłaskała mnie po głowie i westchnęła. Chyba obie nie miałyśmy wyjścia.
Popatrzyłam na przednią szybę i wstrzymałam oddech, gdy kierowaliśmy się prostu na wielką górę. Od zderzenia dzieliły nas sekundy! Ścisnęłam ramię mamy, ale ona nie była przestraszona.
Śmigłowiec przeniknął przez skały! Otworzyłam oczy, przy czym automatycznie rozdziawiłam buzię. To było... Boże, gdzie jesteśmy?!
Ogromna jaskinia, która już prawie wcale nie przypominała jaskini. Ingerencja człowieka była aż nadto widoczna. Wysiedliśmy ze śmigłowca, który wylądował w czymś, co przypominało hangar. Wokół krzątali się ludzie w szarych kombinezonach bez żądnego loga czy napisów. Duże, jasne lampy były przytwierdzone do skalnego sufitu, podłogę wyłożono czymś, co przypominało kafle, wszędzie wiedziałam kable. Grube, wąskie, krótkie, długie, czarne, białe, kolorowe... wszędzie były kable. Kolejną rzeczą jaka rzucała się w oczy było jasne światło. Zadbano by wszystkie pomieszczenia były dobrze oświetlone. Wędrowaliśmy po mniejszych i większych pokojach, w których zwykle stały maszyny, ale minęliśmy także jadalnię i salon gier. Ludzie mogli żyć w tej bazie przez lata...
Cała nasza grupa raźno szła przed siebie. Wszyscy wyglądali na takich, którzy doskonale wiedzą, dokąd zmierzają. Nawet mama.
W końcu pojawiliśmy się w pomieszczeniu wielkości szkolnej sali gimnastycznej. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tam trzy osoby w moim wieku. To była dziewczyna, wysoka, wymalowana blondynka i dwóch chłopaków, którzy gadali między sobą siedząc przy stoliku z laptopem.
- Katherine, dołącz do nich – powiedział stary generał.
- Dlaczego? Chcę wiedzieć co się dzieje...
- Wszystko w swoim czasie – odparł sucho i oddalił się z kilkoma innymi wojskowymi. Mama pocałowała mnie w czoło i w typowym dla siebie geście odgarnęła mi włosy za ucho.
- Musisz iść, muszę porozmawiać z kilkoma ludźmi i wszystkim wam powiemy o co chodzi. Ale nie martw się, nie ma się czego bać.
W rzeczywistości nigdy nie bałam się tak jak dzisiaj. Otworzono przede mną szklane drzwi, delikatnie popchnięto mnie do środka i zamknięto tam na trzy spusty. Obejrzałam się za siebie, ale mama już poszła, a ochroniarze o kamiennych twarzach nie patrzyli w moja stronę. Popatrzyłam więc na tamtych.
Zdali sobie sprawę w mojej obecności i wszyscy bez wyjątki bacznie obserwowali każdy mój krok.
- To ostatnia – powiedział jeden z chłopaków. Miał ciemne włosy, może nawet czarne, nie przyglądałam się.
Bałam się podejść bliżej. Na szczęście stoliki z krzesłami rozsiano po całym pomieszczeniu i mogłam usiąść w bezpiecznej odległości.
Ostatnia do czego?
Co jakiś czas zerkałam na nich, ale okazywało się, że oni patrzą na mnie i czym prędzej odwracałam wzrok. Zauważyłam, że pod sufitem zbudowano równy rząd kwadratowych okien, za którymi widać było ludzi. Obserwowali nas.
Próbowałam dosłyszeć, co mówią tamci. Ze strzępek rozmowy dowiedziałam się, że nie mają pojęcia, co tu robią, tak samo jak ja. To przyniosło dziwne ukojenie.
Nie tylko ja się boję i nic nie wiem.
Nie minęło wiele czasu. Może dziesięć minut lub trochę więcej... Do sali weszli czterej ludzie w białych fartuchach, a za nimi marszem poruszali się trzej ochroniarze.
- Musimy was zabrać na badania – oświadczył... lekarz? Miał około czterdziestu lat.
Żaden z nich nie miał plakietki z nazwiskiem.
- Badania? Jakie badania? - Jeden z chłopaków podniósł się z miejsca. To był ten sam, który odezwał się wcześniej.
- Spokojnie, chłopcze. Rutynowe testy. Nasza baza musi pozostać sterylna i jeśli choćby dostaniecie kataru, musimy się tym zająć na poważnie – odparł, siląc się na pocieszający uśmiech. - Sprawdzimy czy wszystko gra.
Wstali z miejsc, więc ja także podniosłam się z krzesła i ruszyłam za lekarzami w kierunku wyjścia.
Przepuścili nas przodem i to okazało się dużym błędem. Jak na komendę każdy z nich dopadł wybranego wcześniej dzieciaka i wbił mu w szyję igłę strzykawki.
Poczułam ogromny ból, szybko rozchodzący się po całym ciele. Ból ustąpił miejsca nieziemskiej błogości. Chwilę później zasnęłam.
*
Obudziłam się, ale bałam się otworzyć oczy. Bałam się zobaczyć, co dzieje się wokół mnie. Użyłam innych zmysłów. Siedziałam na miękkim fotelu, a zapach sugerował gabinet dentystyczny albo coś w tym rodzaju. Słyszałam brzdęk narzędzi, poruszające się osoby... było ich kilka. Nie czułam żadnego bólu, ani otępienia. Właściwie byłam wyspana.
Odważyłam się podnieść powieki.
- Witaj z powrotem, Katherine – powiedziała młoda lekarka, ubrana jak do operacji. Chyba się uśmiechała, ale nie byłam pewna przez niebieską maskę, którą nosiła.
- Co... - zaczęłam, ale szybko przerwałam, czując suchość w gardle.
Podała mi szklankę z wodą.
- Co się dzieje? - zapytałam, gdy wypiłam połowę.
- Oh, nic takiego. Zrobiliśmy testy, wyniki przyjdą za kilka godzin. Nie powinnaś jeszcze wstawać, możesz mieć zawroty głowy – wyjaśniła dziwnie wesołym tonem. Jakby nie chciała zdradzić prawdziwego powodu i maskowała to radosną aurą. Chciała zyskać moje zaufanie.
- Dlaczego mnie uśpiliście? Mnie i tamtych...
- Nie możecie zobaczyć zbyt wiele. Głupie procedury, hę? Generał nie pozwolił przeprowadzić was przez oddział przytomnych. A skoro już spaliście, postanowiliśmy wykonać naszą robotę, żeby nie przysparzać wam niepotrzebnego stresu.
Zauważyłam ochroniarza za drzwiami. Lekarka krzątała się po pomieszczeniu, wyrzucając do kosza jakieś papierki i słoiczki, wycierając blaty, chowając narzędzia do szuflad... Była trochę nerwowa. Unikała kontaktu wzrokowego.
- Gdzie jest moja mama? Po co tu właściwie jestem?
Popatrzyła na mnie przelotnie.
- Nie mogę udzielać takich informacji. Zaraz ktoś odprowadzi cię do pokoju...
- Pokoju? Ale...
Przerwałam, wiedząc, że i tak się niczego nie dowiem. Potworna bezsilność dołowała mnie coraz bardziej.
Dziesięć minut później dwaj ochroniarze weszli do gabinetu i kazali mi iść z nimi. Lekarka skinęła głową, mówiąc żebym się nie bała.
Faktycznie dostałam pokój. Sterylna, całkowicie biała klitka bez okien... Stało tam jedynie łóżko, przy nim mała szafka, a w rogu spora komoda. Leżała na niej pojedyncza kartka. Z zaciekawieniem wzięłam ją w ręce i przeczytałam kilka znań, które ktoś na niej napisał.
Plan dnia...
O godzinie ósmej miałam czekać pod drzwiami, aż wypuszczą mnie na śniadanie. Później czas spędzać miałam w „szkole”, aż do obiadu. Między godziną piętnastą, a dziewiętnastą przewidziano dla nas czas wolny. Dalej już tylko kolacja i spać... Nie podobało mi się to. Plan oznaczał, że zostanę tu na dużo dłużej niż sądziłam i wciąż nie miałam pojęcia dlaczego.
Nad drzwiami zauważyłam okrągły zegar.
Położyłam się na łóżku i zwinęłam się w kłębek. Sprawdziłam swoje kieszenie, ale najwyraźniej zabrali mi telefon, gdy spałam. Działo się coś złego.

***

Na razie nudno, ale kiedyś zacznie się akcja. Mam to w głowie! ;D
Pozdrawiam Milkę!!! 

3 komentarze:

  1. Wooooo *u*
    Rus.. Boziulu...
    Przeszłaś samą siebie.. Ja na miejscu tej dziewczyny bym się chyba posrała! xDxD XD
    No masaaaaaaaakra ... =,=
    Boże zakochałam się xD Jezuuś ale mnie tym podjarałaś ...
    Dawaj mi więcej!
    Aaaawwwwwww *w*
    *o* Kocham toooo!!! Jezuuuś!!!
    Aaawwww... Ja cb też pozdrwiam i wgl... I pozdrawiam też pannę... xD No i w ogóle awwww *U*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrawiasz pannę... ? ;> Serio? ;D
      Jezuuu, dziękuję za tak cudowny i wymowny komentarz! Poziom szczęścia to mi tak podskoczył, że hoho! :D
      Strasznie się cieszę, że tak sądzisz i nie ważne, czy to prawda czy nie... ;D
      R

      Usuń
  2. A z resztą! Przecież ja kłamie! Cały czas! Buahahah jaka ja kłamliwa [?] xD

    OdpowiedzUsuń