Zwykle
chodzę spać ostatnia. Tym razem padłam chwilę po dwudziestej
drugiej, a mama dzielnie odrabiała swoją pracę domową w kuchni.
Zawsze znosiła robotę do domu, ale tym razem ilość papierów
na stole robiła wrażenie.
Obudziło
mnie dzwonienie telefonu w holu. Pewnie zasnęłabym w mgnieniu oka,
gdy tylko ktoś podniósłby słuchawkę, ale pierwsze słowa
mojej mamy wypowiedziane po wysłuchaniu krótkiej informacji
od dzwoniącego to „o mój Boże...”. Zainteresowana
zwlokłam się z łóżka, odgarniając włosy do tyłu. Dzięki
grubym skarpetkom z Biedronki poruszałam się bezszelestnie. Drzwi
współpracowały. Cichutko przycupnęłam na szczycie schodów
i nasłuchiwałam.
- Nie,
jest stabilna od lat. Nigdy nie wydarzył się ani jeden incydent...
- mówiła zdenerwowana, starając się mówić szeptem.
Przestępowała z nogi na nogę z zatroskaną miną. Ciągle zerkała
w kierunku sypialni, gdzie chrapał tata. - Macie wszystkie raporty i
zapewniam, że nie ma żadnych powodów do obaw. - Nastąpiła
chwila przerwy, którą mama skwitowała ciężkim
westchnięciem. - Dobrze. Prześlijcie bilety. Przekażę wszystko
mojemu partnerowi.
Odłożyła
słuchawkę na widełki i przysiadła na fotelu, stojącym obok
stolika z telefonem. Chwilę później podniosła się z
miejsca i zniknęła za drzwiami sypialni. Nawet gdybym podeszła aż
do progu, nie usłyszałabym ani słowa. Wróciłam do pokoju,
ale zanim zdążyłam zasnąć, do pokoju weszła mama.
- Kath?
Skarbie, śpisz? - zapytała cicho, zapalając lampkę przy łóżku.
- Nie martw się o nic, ale musimy się spakować...
Podniosłam
się na łokciu i popatrzyłam na nią. Wyglądała na przejętą,
ale starała się to ukryć. Związała jasne włosy z kok i
przebrała się w granatowy kostium. Zawsze zakładało go, gdy
wyjeżdżała służbowo.
- Za
dwie godziny musimy być już gotowi. - Pochyliła się, by pocałować
mnie w czoło, ale odsunęłam się.
- Co się
dzieje?
-
Kochanie... - Schowała pasmo moich brązowych włosów za
ucho. Nie lubiłam gdy to robiła.
- No
powiedz, mam prawo wiedzieć. Co się dzieje? Gdzie jedziemy?
- Do
Waszyngtonu – powiedziała niepewnie. Tak jakby nie wiedziała, czy
właściwym jest mówić mi o celu podróży. - Moja mama
trafiła do szpitala i lekarz zadzwonił do mnie... Powiedział, że
powinnam przylecieć i się pożegnać.
Zrobiło mi
się głupio, więc przytuliłam ją, mówiąc „przepraszam”.
- Nie
zostawię was tutaj. Beze mnie zginiecie. - Zaśmiała się słabo i
wyszła, by zająć się swoimi bagażami.
Wyciągnęłam
torbę z szafy i wsadziłam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy
udało mi się znieść manatki na dół, zauważyłam tatę w
roboczym garniturze. Przeszukiwał szafki w kuchni i tajemniczo
zerkał na mamę.
- Jestem
– oznajmiłam, siadając przy kuchennym blacie.
Mama
natychmiast podała mi talerz i ułożyła na nim dwa tosty z
nutellą. Zrobiła sobie kawę i usiadła naprzeciwko, czekając aż
ojciec znajdzie to, czego szuka. Zauważyłam, że drżą jej ręce,
a gdy zdała sobie sprawę, że ja obserwuję – schowała je do
kieszeni.
- Długo
jeszcze? Co tam znowu zgubiłeś? - zagadała.
- Dam sobie
radę – odburknął tata.
Rozszerzył
swoje poszukiwania na salon, więc w kuchni zostałyśmy same. Za
oknami było jeszcze zupełnie ciemno. Padało, jak to często w
Seattle.
W ciszy
zjadłam śniadanie, a moja rodzicielka wypiła czarną kawę. Ojciec
zjawił się po dwudziestu minutach. Był poważny bardziej niż
zwykle.
- Ubierajcie
się – zakomenderował.
Założyłam
kurtkę i buty. Torbą nie musiałam się już martwić, bo zajęli
się nią rodzice. Wpakowaliśmy się do samochodu ojca i ruszyliśmy.
Z zainteresowaniem studiowałam widok za oknami. Nie było widać
zbyt wiele... Latarnie oświetlały ulice pomarańczowym światłem.
Obserwowałam nieliczne samochody za nami i przed nami... Było ich
niewiele. W końcu podróże o czwartej rano nie są
najbardziej popularnym zajęciem.
- Długo
będziemy w Waszyngtonie?
Rodzice
wymienili między sobą spojrzenia, przez które zaczęłam się
niepokoić. Powstało to dziwne uczucie w żołądku...
- Nie
wiem, kochanie – odparła mama – może zostaniemy na cały
weekend. W końcu nie możesz opuszczać szkoły.
Wbiłam
wzrok w dłonie. Bawiłam się bransoletką z moim imieniem.
Katherine... po jakiejś prababci, której nie widziałam nawet
na zdjęciu.
Do
Waszyngtonu mieliśmy ponad sto mil drogi, zapowiadała się długa
jazda w kompletnej ciszy. Zajęłam się telefonem, ale bateria nie
była dla mnie łaskawa. W końcu zasnęłam.
Kiedy
ponownie otworzyłam oczy samochód stał na parkingu. To nie
był byle jaki parking... to był parking przed Białym Domem. Z
trudem przełknęłam ślinę i rozejrzałam się. Słońce wstało
kilka godzin wcześniej...
Byłam sama
i nie widziałam nikogo w promieniu kilkuset metrów. Pod
budynkiem stali smutni panowie w czarnych garniturach i okularach
przeciwsłonecznych. Bałam się wyjść... Postanowiłam zadzwonić
do mamy, ale nie odbierała, tak samo jak ojciec. Skuliłam się na
siedzeniu i po prostu czekałam. Co chwilę nerwowo rozglądałam się
po okolicy. Widziałam to w telewizji...
To dziwne
być tutaj...
Zauważyłam
tatę, idącego w moją stronę z dwoma agentami. Otworzył drzwi od
mojej strony i wyciągnął rękę.
- Musimy
iść.
- Dlaczego
tu jesteśmy? - zapytałam, a mój głos drżał dużo mocniej
niż się tego spodziewałam.
- Wszystko
ci wytłumaczymy, Katherine. Chodź, mama jest w środku.
- Dlaczego!?
- Hej... Nie
denerwuj się... Spokojnie, dziecino. Chodź do środka.
Gestem kazał
agentom się odsunąć. Niepewnie wyszłam z auta i razem z tatą
poszłam w kierunku wejścia. Dwaj ochroniarze otworzyli nam drzwi,
dwaj inni szli za nami dalej.
Pokonaliśmy
labirynt korytarzy i pokoi w dwie minuty. Wykorzystywałam każdą
sekundę na przemyślenia.
Dlaczego tu
jesteśmy?
Dlaczego oni
coś ukrywają?
W końcu
stanęliśmy przed TYMI drzwiami. Wiedziałam, że to one. Wyróżniały
się, zawierały w sobie dziwną aurę. Drzwi do gabinetu owalnego.
- Tato?
- Popatrzyłam na niego z przestraszoną miną.
- Wszystko w
porządku. Chodźmy.
Pchnął
jedno ze skrzydeł i weszliśmy do środka. Wypatrywałam twarzy
prezydenta, ale nie było go tam. Odczułam dziwną ulgę. Mama
siedziała na jednym z foteli. Pod ścianami stali agenci i ludzie w
wojskowych mundurach oraz w garniturach. Wszyscy patrzyli na mnie z
napięciem, ale nie wiedziałam dlaczego.
- Powinniśmy
jej powiedzieć – oświadczyła mama, wstając z miejsca.
- Wszystkie
informacje dotyczące tego projektu są tajne. Nikt nie będzie o nim
informowany, nawet ona. To tajemnica rządowa, drodzy państwo –
odparł groźnie wyglądający generał. Był stary, ale gestykulował
z energią dwudziestolatka.
Bałam się
powiedzieć cokolwiek, dlatego milczałam. Obserwowałam tych ludzi.
Szeptali między sobą, czekając na coś. Sygnał nadszedł
niespełna minutę później. Stary generał odebrał telefon.
- Śmigłowiec
już czeka – powiedział.
Wszyscy
skierowali się w stronę drzwi, tata delikatnie pchnął mnie, bym
ruszyła za nimi.
- Co
się dzieje? Miałeś mi powiedzieć!
- Po prostu
idź.
Był
zmęczony i wyczuwałam to w jego głosie. Ja wręcz przeciwnie,
strach spowodował produkcję adrenaliny. Przez głowę przemknął
mi pomysł ucieczki, ale co jedna krucha szesnastolatka mogłaby
zdziałać w starciu z setką ochroniarzy... Posłusznie
przemieszczałam się w tłumie, próbując nie stracić z oczu
mamy, idącej z przodu.
Wyszliśmy
na dach. Wielki, czary śmigłowiec z uruchomionym silnikiem potrafił
stworzyć prawdziwą wichurę, ale nikt oprócz mnie nie zdawał
się tym przejmować.
- Wsiadać,
nie mamy czasu! - krzyknął ten sam staruszek, z tą samą,
zaskakującą werwą.
- Co się
dzieje? Proszę, powiedz mi – jęknęłam, łapiąc mamę za ramie.
- Wszystko w
porządku, skarbie – odpowiedziała, przytulając mnie. - Musimy
polecieć w jedno miejsce. Tam wszystkiego się dowiesz.
- Mieliśmy
jechać do twojej mamy, mówiłaś mi, kłamałaś! -
wybuchnęłam płaczem.
Nie chciałam
tego, ale kiedy łzy zaczęły wydostawać się na światło dzienne,
nie potrafiłam ich opanować. Widziałam niewiele, ale wojskowi byli
mocno zaniepokojeni.
- Uspokój
ją! - rozkazał generał.
Mama
popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się łagodnie, mocniej mnie
ściskając.
- Nie
denerwuj się, kochanie. Wszystko będzie dobrze... Tylko się nie
denerwuj.
Wyjęła
swoją haftowaną chusteczkę i wytarła mi policzki. Wzięłam
głęboki oddech i pokiwałam głową.
- W
porządku – powiedziała na głos.
W śmigłowcu
było dwanaście miejsc. Tata i dwóch agentów zostali
na dachu, podczas gdy reszta z nas uniosła się nad ziemią. Generał
siedział naprzeciwko mnie i mamy, łypiąc na mnie groźnie.
Marzyłam tylko o tym, by to się skończyło. Żebym mogła wrócić
do domu i ukryć się pod kołdrą.
Podróż
ciągnęła się w nieskończoność. Nie mogłam nic robić, nic
mówić... Tylko siedziałam i starałam się nie nawiązywać
kontaktu wzrokowego.
- Jesteśmy
już w Montanie – powiedział pilot. - Za piętnaście minut
będziemy w bazie.
- W bazie? -
pisnęłam cichutko, patrząc na mamę. - Ja nie chcę do żadnej
bazy...
Pogłaskała
mnie po głowie i westchnęła. Chyba obie nie miałyśmy wyjścia.
Popatrzyłam
na przednią szybę i wstrzymałam oddech, gdy kierowaliśmy się
prostu na wielką górę. Od zderzenia dzieliły nas sekundy!
Ścisnęłam ramię mamy, ale ona nie była przestraszona.
Śmigłowiec
przeniknął przez skały! Otworzyłam oczy, przy czym automatycznie
rozdziawiłam buzię. To było... Boże, gdzie jesteśmy?!
Ogromna
jaskinia, która już prawie wcale nie przypominała jaskini.
Ingerencja człowieka była aż nadto widoczna. Wysiedliśmy ze
śmigłowca, który wylądował w czymś, co przypominało
hangar. Wokół krzątali się ludzie w szarych kombinezonach
bez żądnego loga czy napisów. Duże, jasne lampy były
przytwierdzone do skalnego sufitu, podłogę wyłożono czymś, co
przypominało kafle, wszędzie wiedziałam kable. Grube, wąskie,
krótkie, długie, czarne, białe, kolorowe... wszędzie były
kable. Kolejną rzeczą jaka rzucała się w oczy było jasne
światło. Zadbano by wszystkie pomieszczenia były dobrze
oświetlone. Wędrowaliśmy po mniejszych i większych pokojach, w
których zwykle stały maszyny, ale minęliśmy także jadalnię
i salon gier. Ludzie mogli żyć w tej bazie przez lata...
Cała nasza
grupa raźno szła przed siebie. Wszyscy wyglądali na takich, którzy
doskonale wiedzą, dokąd zmierzają. Nawet mama.
W końcu
pojawiliśmy się w pomieszczeniu wielkości szkolnej sali
gimnastycznej. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tam trzy osoby w moim
wieku. To była dziewczyna, wysoka, wymalowana blondynka i dwóch
chłopaków, którzy gadali między sobą siedząc przy
stoliku z laptopem.
- Katherine,
dołącz do nich – powiedział stary generał.
- Dlaczego?
Chcę wiedzieć co się dzieje...
- Wszystko w
swoim czasie – odparł sucho i oddalił się z kilkoma innymi
wojskowymi. Mama pocałowała mnie w czoło i w typowym dla siebie
geście odgarnęła mi włosy za ucho.
- Musisz
iść, muszę porozmawiać z kilkoma ludźmi i wszystkim wam powiemy
o co chodzi. Ale nie martw się, nie ma się czego bać.
W
rzeczywistości nigdy nie bałam się tak jak dzisiaj. Otworzono
przede mną szklane drzwi, delikatnie popchnięto mnie do środka i
zamknięto tam na trzy spusty. Obejrzałam się za siebie, ale mama
już poszła, a ochroniarze o kamiennych twarzach nie patrzyli w moja
stronę. Popatrzyłam więc na tamtych.
Zdali sobie
sprawę w mojej obecności i wszyscy bez wyjątki bacznie obserwowali
każdy mój krok.
- To
ostatnia – powiedział jeden z chłopaków. Miał ciemne
włosy, może nawet czarne, nie przyglądałam się.
Bałam się
podejść bliżej. Na szczęście stoliki z krzesłami rozsiano po
całym pomieszczeniu i mogłam usiąść w bezpiecznej odległości.
Ostatnia do
czego?
Co jakiś
czas zerkałam na nich, ale okazywało się, że oni patrzą na mnie
i czym prędzej odwracałam wzrok. Zauważyłam, że pod sufitem
zbudowano równy rząd kwadratowych okien, za którymi
widać było ludzi. Obserwowali nas.
Próbowałam
dosłyszeć, co mówią tamci. Ze strzępek rozmowy
dowiedziałam się, że nie mają pojęcia, co tu robią, tak samo
jak ja. To przyniosło dziwne ukojenie.
Nie tylko ja
się boję i nic nie wiem.
Nie minęło
wiele czasu. Może dziesięć minut lub trochę więcej... Do sali
weszli czterej ludzie w białych fartuchach, a za nimi marszem
poruszali się trzej ochroniarze.
- Musimy
was zabrać na badania – oświadczył... lekarz? Miał około
czterdziestu lat.
Żaden z
nich nie miał plakietki z nazwiskiem.
- Badania?
Jakie badania? - Jeden z chłopaków podniósł się z
miejsca. To był ten sam, który odezwał się wcześniej.
- Spokojnie,
chłopcze. Rutynowe testy. Nasza baza musi pozostać sterylna i jeśli
choćby dostaniecie kataru, musimy się tym zająć na poważnie –
odparł, siląc się na pocieszający uśmiech. - Sprawdzimy czy
wszystko gra.
Wstali z
miejsc, więc ja także podniosłam się z krzesła i ruszyłam za
lekarzami w kierunku wyjścia.
Przepuścili
nas przodem i to okazało się dużym błędem. Jak na komendę każdy
z nich dopadł wybranego wcześniej dzieciaka i wbił mu w szyję
igłę strzykawki.
Poczułam
ogromny ból, szybko rozchodzący się po całym ciele. Ból
ustąpił miejsca nieziemskiej błogości. Chwilę później
zasnęłam.
*
Obudziłam
się, ale bałam się otworzyć oczy. Bałam się zobaczyć, co
dzieje się wokół mnie. Użyłam innych zmysłów.
Siedziałam na miękkim fotelu, a zapach sugerował gabinet
dentystyczny albo coś w tym rodzaju. Słyszałam brzdęk narzędzi,
poruszające się osoby... było ich kilka. Nie czułam żadnego
bólu, ani otępienia. Właściwie byłam wyspana.
Odważyłam
się podnieść powieki.
- Witaj
z powrotem, Katherine – powiedziała młoda lekarka, ubrana jak do
operacji. Chyba się uśmiechała, ale nie byłam pewna przez
niebieską maskę, którą nosiła.
- Co... -
zaczęłam, ale szybko przerwałam, czując suchość w gardle.
Podała mi
szklankę z wodą.
- Co
się dzieje? - zapytałam, gdy wypiłam połowę.
- Oh, nic
takiego. Zrobiliśmy testy, wyniki przyjdą za kilka godzin. Nie
powinnaś jeszcze wstawać, możesz mieć zawroty głowy –
wyjaśniła dziwnie wesołym tonem. Jakby nie chciała zdradzić
prawdziwego powodu i maskowała to radosną aurą. Chciała zyskać
moje zaufanie.
- Dlaczego
mnie uśpiliście? Mnie i tamtych...
- Nie
możecie zobaczyć zbyt wiele. Głupie procedury, hę? Generał nie
pozwolił przeprowadzić was przez oddział przytomnych. A skoro już
spaliście, postanowiliśmy wykonać naszą robotę, żeby nie
przysparzać wam niepotrzebnego stresu.
Zauważyłam
ochroniarza za drzwiami. Lekarka krzątała się po pomieszczeniu,
wyrzucając do kosza jakieś papierki i słoiczki, wycierając blaty,
chowając narzędzia do szuflad... Była trochę nerwowa. Unikała
kontaktu wzrokowego.
- Gdzie
jest moja mama? Po co tu właściwie jestem?
Popatrzyła
na mnie przelotnie.
- Nie
mogę udzielać takich informacji. Zaraz ktoś odprowadzi cię do
pokoju...
- Pokoju?
Ale...
Przerwałam,
wiedząc, że i tak się niczego nie dowiem. Potworna bezsilność
dołowała mnie coraz bardziej.
Dziesięć
minut później dwaj ochroniarze weszli do gabinetu i kazali mi
iść z nimi. Lekarka skinęła głową, mówiąc żebym się
nie bała.
Faktycznie
dostałam pokój. Sterylna, całkowicie biała klitka bez
okien... Stało tam jedynie łóżko, przy nim mała szafka, a
w rogu spora komoda. Leżała na niej pojedyncza kartka. Z
zaciekawieniem wzięłam ją w ręce i przeczytałam kilka znań,
które ktoś na niej napisał.
Plan dnia...
O godzinie
ósmej miałam czekać pod drzwiami, aż wypuszczą mnie na
śniadanie. Później czas spędzać miałam w „szkole”, aż
do obiadu. Między godziną piętnastą, a dziewiętnastą
przewidziano dla nas czas wolny. Dalej już tylko kolacja i spać...
Nie podobało mi się to. Plan oznaczał, że zostanę tu na dużo
dłużej niż sądziłam i wciąż nie miałam pojęcia dlaczego.
Nad drzwiami
zauważyłam okrągły zegar.
Położyłam
się na łóżku i zwinęłam się w kłębek. Sprawdziłam
swoje kieszenie, ale najwyraźniej zabrali mi telefon, gdy spałam.
Działo się coś złego.
***
Na razie nudno, ale kiedyś zacznie się akcja. Mam to w głowie! ;D
Pozdrawiam Milkę!!!
Wooooo *u*
OdpowiedzUsuńRus.. Boziulu...
Przeszłaś samą siebie.. Ja na miejscu tej dziewczyny bym się chyba posrała! xDxD XD
No masaaaaaaaakra ... =,=
Boże zakochałam się xD Jezuuś ale mnie tym podjarałaś ...
Dawaj mi więcej!
Aaaawwwwwww *w*
*o* Kocham toooo!!! Jezuuuś!!!
Aaawwww... Ja cb też pozdrwiam i wgl... I pozdrawiam też pannę... xD No i w ogóle awwww *U*
Pozdrawiasz pannę... ? ;> Serio? ;D
UsuńJezuuu, dziękuję za tak cudowny i wymowny komentarz! Poziom szczęścia to mi tak podskoczył, że hoho! :D
Strasznie się cieszę, że tak sądzisz i nie ważne, czy to prawda czy nie... ;D
R
A z resztą! Przecież ja kłamie! Cały czas! Buahahah jaka ja kłamliwa [?] xD
OdpowiedzUsuń