poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdział 12

Lauren przesadziła z szampanem na wczorajszej imprezie. Chociaż jestem niemal pewna, że nie pogardziła czymś mocniejszym, przyniesionym przez Keitha w małej piersiówce. 
Nie wstała na śniadanie, wolała w samotności przeżywać ból głowy. Wzruszyłam ramionami, obiecując, że przyniosę jej coś dobrego i ruszyłam do jadalni, gdzie zebrali się już chłopcy i Ina. Usiadłam na swoim miejscu, nałożyłam sobie trochę jajecznicy i wlałam do kubka parującą jeszcze herbatę. 
- Gdzie Lauren? - zapytał Rex, a Keith cicho zachichotał, zwracając na siebie chwilową uwagę zebranych.
- Nie czuje się najlepiej, wolała zostać w pokoju – wyjaśniłam.
- Poproszę służkę, by zaniosła jej śniadanie. - Inaya wyciągnęła rękę po dzwoneczek leżący na stole, ale powiedziałam, że sama to zrobię, gdy tylko skończy.
Tak mijały nam poranki. Większość czasu spędzałam poza zamkiem. Wędrowałam po całej wyspie, czasami zabierając ze sobą Lauren, jednak ona wolała z reguły luksusy życia księżniczki i rzadko kiedy dawała się namówić na wycieczkę po dzikich kniejach. 
Kiedy któregoś dnia obudził mnie deszcz uderzający o okna i parapet, stwierdziłam, że lepiej zostać w domu. Nudząc się, zapuściłam się aż do biblioteki. 
Nieśmiało otworzyłam stare drzwi i weszłam do środka ogromnego pomieszczenia z mnóstwem wysokich regałów, po brzegi zapełnionych najróżniejszymi książkami z całego świata. Przed okrągłym oknem o średnicy dobrych kilku metrów znajdował się salonik, na który składała się miękka kanapa zapełniona poduszkami, cztery fotele, oraz kilka stolików z lampkami.  Na jednym z tych foteli siedział Falco. Trochę mnie to speszyło, chyba ani razu z nim nie rozmawiałam, szczególnie po usłyszeniu jego kłótni z siostrą. Było jednak za późno – zauważył mnie. 
- Hej, mną się nie przejmuj, wybierz sobie coś. - Uśmiechnął się, wskazując za siebie, na półki.
Siedział po turecku, trzymając przed sobą laptopa. 
- Okej... - szepnęłam bardziej do siebie i ruszyłam w kierunku powieści.
Była ich cała masa, podejrzewałam, że gdybym wymieniła dowolny tytuł, on natychmiast znalazłby się w spisie. Niespiesznie przechadzałam się między ciasnymi alejkami, gładząc grzbiety książek. Niektóre były bardzo, bardzo stare. Bałam się ich dotknąć, aby się nie rozleciały. Inne wydano niedawno, miały bialutkie strony i piękne okładki. Większość w języku angielskim, ale znalazłam wiele rosyjskich, niemieckich, hiszpańskich i takich, których nie potrafiłam zidentyfikować. Znalazłam książkę opowiadającą o historii tej wyspy, ale kiedy tylko pokazałam się w saloniku, Falco zareagował. 
- Nie powinnaś tego czytać.... - powiedział łagodnie.
- Dlaczego? - Wzruszyłam ramionami. - Chcę się tylko dowiedzieć o tym miejscu...
- Wiem, ale... Eh, chodzi o to, że im mniej wiesz, tym dla ciebie lepiej. Jeśli kiedykolwiek chciałabyś opuścić wyspę... nie mogłabyś.
- Ale dlaczego? - przysiadłam na kanapie, ściskając album w rękach.
- Wszystko tutaj jest oparte na tajemnicy.
- Nie mogę nawet znać nazwy wyspy?
- A chcesz ją kiedyś opuścić?
Zastanowiłam się nad tym pytaniem. Właściwie... nie wiedziałam. Było mi tu dobrze, po co miałabym wyjeżdżać. Z drugiej strony... nigdy nie mogłabym zobaczyć żadnego innego miejsca. Nie odwiedziłabym Paryża i Londynu.
- Nie wiem...
- Więc na razie... - Wyciągnął rękę po książkę. Oddałam mu ją. - Mogę ci zaufać?
- Jasne. - Zaintrygował mnie.
- Mówisz tak tylko po to, żebym powiedział o co chodzi? - zapytał podejrzliwie mi się przyglądając.
- Nie, potrafię dochować sekretu – odparłam z wyraźnym akcentem na drugą część zdania.
- Inaya ani rada nie chcą się jeszcze zgodzić, ale chcę oddać koronę...
- Co?... Czemu? Komu? Jak to? - zaskoczył mnie.
Pokręcił głową, wlepiając wzrok w ekran komputera. Potem zamknął klapę i zerknął na mnie, zastanawiając się czy powinien drążyć temat. 
- Nie chcę tego. To tylko komplikuje mi życie. Musiałem, ponieważ nie było nikogo innego, ale skoro mamy dwóch kolejnych zapalonych kandydatów...
- Nie mówisz poważnie...?
Uśmiechnął się, więc miałam nadzieję, że zaraz wybuchnie śmiechem i mianuje mnie swoją nadworną asystentką czy coś... Jednak tak się nie stało.
- Całkiem poważnie.
- Myślisz, że oni chcieliby zająć twoje miejsce?
- Tak sądzę. Z resztą... nie będą mieli wyjścia. Wyjeżdżam zaraz po ogłoszeniu tego podczas niedzielnego pokazu sztucznych ogni. Jeśli ktoś spróbuje mnie powstrzymać, będę wiedział, że to ty powiedziałaś.
- Obiecuję, że nikomu nie zdradzę, ale... zastanów się, Falco.
- Zastanawiam się od miesiąca. - Popatrzył na mnie z uśmiechem mówiącym „nie próbuj, nie uda ci się”.
- Nie będziesz się martwił tym, że zwalasz to na kogoś innego?
- Niektórym może się to podobać, ja nie jestem do tego stworzony, ale oni... mogą się do tego naprawdę nadawać i kochać to zajęcie.
Wstałam i ruszyłam do wyjścia. 
- Katherine – zawołał mnie. - Uważaj na Inayę, będzie miała związane z tobą plany.
Wolałam nie wiedzieć co to za plany. Wyszłam. 

środa, 18 marca 2015

Rozdział 11


- Co tak długo? - zapytała Lauren, kiedy w końcu pojawiłam się w naszym pokoju.
- Aaa... nie mogłam znaleźć herbaty... - powiedziałam pierwsze, co przyszło mi na myśl. Napój był już zimny, ale nie ważne...
Wzięłam szybki prysznic i położyłam się do łóżka, gdzie mogłam w spokoju pomyśleć. „Inne wyjście”? Czy naprawdę nie mogli omówić tego zagadnienia tak, bym mogła dokładnie je zrozumieć?... Wiem, że nieładnie jest podsłuchiwać, jednak jeśli osoby, które się szpieguje, rozmawiają o czymś, co może zaważyć o moim losie, to chyba jednak mam prawo?... 

***

Popatrzyłam na piękną, ciemnozieloną suknię balową leżącą na moim łóżku. Stałam nad nią przez tak długi czas, że Lauren zainteresowała się tym zjawiskiem i spojrzała mi przez ramie. 
- Moja jest prawie taka sama – zawyrokowała. - Tylko niebieska.
Zerknęłam na wieszak zaczepiony o drzwi szafy. 
- Nigdy nie byłam na balu – stwierdziłam nieśmiało.
- Nie bój nic, wystroimy się tak, że żaden kawaler nie będzie w stanie oderwać od nas wzroku. - Puściła mi oczko.
Skoro tak... I tak trochę się bałam. 
Miałyśmy być gotowe na siedemnastą. Przez cały ten czas przygotowywałyśmy się na wieczór. W tych sprawach byłam zupełnie nieobeznana, ale blondynka cierpliwie tłumaczyła mi jak zakręcić włosy, a potem praktycznie wyczarowała nam obu piękny, naturalny makijaż. 
- Jesteś wielka – powiedziałam, gdy stałyśmy przed dużym lustrem.
- Tak, no wiem – odparła ze śmiechem, poprawiając białe rękawiczki.
Rozległo się ciche pukanie. Zabrałyśmy ze sobą szale i wyszłyśmy, witając Rexa i Keitha ciepłymi uśmiechami. Mieli na sobie eleganckie, czarne garnitury i muszki. To było takie oficjalne, takie poważne... chyba zaczynałam się trząść. 
- Niech blondynki idą razem – zadecydował pierwszy z panów, z radością odnotowując oburzenie na twarzy drugiego. Podał mi ramię i ruszyliśmy w parach na dół. Na dziedzińcu zrobiło się tłoczno. Wszyscy mieszkańcy miasta byli zaproszeni, ale niestety nie wszyscy zdecydowali się pojawić. Cała reszta czekała przed wejściem, aż pojawią się wszyscy członkowie rodziny królewskiej. Okazali się nad wyraz mili, witając nas oklaskami. Uśmiechali się do nas i było to szczere, przyjazne powitanie.
Powoli weszliśmy na schody, prowadzące prosto do największego pomieszczenia w zamku – sali tronowej, która w dni takie jak ten  spełniała także rolę sali balowej. Gwardziści utworzyli sztuczny korytarz prowadzący do tronu, stojąc pod białymi, marmurowymi kolumnami. Dyskretnie popatrzyłam w górę. Sufit był tak daleko...
Rex przewidział, że jak zwykle się potknę, wyratował mnie przed upadkiem i uśmiechnął się pod nosem, starając się nie roześmiać. Mhm, bardzo zabawne... 
Dotarliśmy do tronu i tak jak ćwiczyliśmy przez ostatni tydzień – rozdzieliliśmy się i stanęliśmy po dwóch stronach zdobionego złotem, luksusowego fotela. Panie na prawo, panowie na lewo. Wtedy na salę wszedł Falco w towarzystwie swojej siostry. Nie mogłam przestać gapić się na Inayę. Miała na sobie najwspanialszą, kruczoczarną suknię jaką kiedykolwiek widziałam! W połączeniu z jej skrzydłami... wyglądała niezwykle zjawiskowo!
Stanęli przy tronie. 
Gwardziści wyciągnęli przed siebie długie szable w tym samym momencie. Po odliczeniu czterech sekund unieśli je w górę tak, by każdy oręż, stykał się z ostrzem człowieka stojącego naprzeciwko. Po kolejnych czterech sekundach opuścili je, wykonali w tył zwrot i równym marszem odeszli pod ścianę. Gdy się zatrzymali – to był sygnał dla gości. Przy wejściu każdy z nich otrzymywał kieliszek z szampanem. Obserwowaliśmy ich z uśmiechami, mój był trochę wymuszony. Nie powinnam tam stać, nie byłam jedną z nich. 
Orkiestra znajdująca się na balkonie ponad wejściem  zaczęła odgrywać jakąś ładną, wesołą melodię, kiedy tylko wszyscy pojawili się już na sali. Ludzie nie czekali na zaproszenie do tańca, dobierali się w pary lub większe grupy, by zabawić się na parkiecie. Miło było na nich patrzeć, widzieć ich szczęście i słyszeć radosny śmiech. Ich nastrój udzielał się każdemu, dlatego wkrótce nie było osoby, która stałaby bez ruchu pod ścianą. Oczywiście z wyjątkiem gwardzistów... Falco jednak szybko pozwolił im się przyłączyć. 
Lauren brylowała w samym środku rozweselonego tłumu, będąc rozchwytywaną przez tancerzy. Byłam wykończona już po czwartym tańcu, więc kiedy na salę wniesiono stoły z przekąskami i napojami odetchnęłam z ulgą. Rozmawiałam z wieloma ludźmi, których kojarzyłam z miasteczka lub z zamku. Starałam się zapamiętać ich imiona, jednak było ich tyle... Zamieniłam kilka słów z panią Haneą, zachwalając przygotowane przez nią przystawki. 
- Cała tajemnica tkwi w kozim mleku. - Puściła do mnie oczko, by dać się porwać miłemu kawalerowi w średnim wieku. To chyba był ten lokaj, który przyjechał po nas na lotnisko pierwszego dnia.... miał na imię Kai? Karl? Jakoś tak.
- Wszystko gra? - usłyszałam za sobą głos Rexa.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się. - Jest lepiej niż się spodziewałam – dodałam, czując, że wypada powiedzieć coś więcej.
W rzeczywistości ciężko było z nim zamienić więcej niż dwa zdania. Był małomówny i skryty. Chociaż zauważyłam, że od kiedy dowiedział się prawdy, trochę zmienił soje nastawienie do życia. Najwyraźniej wszystko czego potrzebował, to poznanie wszystkich faktów dotyczących swojej historii. Teraz, kiedy był już w swoim domu, zobaczył swoich rodziców na zdjęciach, miał zapewnioną opiekę... zmienił się. Był wyraźnie szczęśliwszy. Częściej się śmiał i więcej mówił. 
- Chodź, zatańczymy... - wyciągnął do mnie rękę, którą przyjęłam i poprowadził nas na parkiet.
Żadne z nas nie było typem wytrawnego tancerza, udawaliśmy, że wiemy co robimy. To było całkiem zabawne, szczególnie wtedy, gdy coś nie wychodziło, ale nie dawaliśmy tego po sobie poznać i ratowaliśmy się wymyślonymi na poczekaniu ruchami. 
- Ciągle nic nie wiadomo? - zapytał, kiedy muzyka zwolniła tempa.
- Nie. Właściwie to wątpię by coś zmieniło się w najbliższym czasie... Chyba muszę przywyknąć do tego, że wzięłam się znikąd. Nigdy  się nie dowiem.
- Głowa do góry. - Uśmiechnął się. - Niektórzy oddali by wszystko, żeby zapomnieć o przeszłości i zacząć żyć z czystą kartą. Pomyśl o tym jak o szansie.
Musiałam przyznać, że te dwa zdania działały na mnie znacznie lepiej niż powtarzane setki razy „będzie dobrze”, autorstwa Lauren. 

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 10


Lauren pogłaskała mnie po plecach, podsuwając pod nos pudełko chusteczek. W końcu się znalazły... Ostrożnie podniosłam się na łokciach i odebrałam od niej paczkę. 
- Będzie dobrze – powiedziała, jak to miała w zwyczaju.
- Wątpię w to...
- Kath, powinnaś myśleć optymistycznie. Żyjesz, uciekłaś z tajnego laboratorium, masz ludzi, którzy chcą cię wspierać... No już, nie płacz.
Wydmuchałam nos, nie chcąc tego słuchać. 
- Nie poddawaj się – kontynuowała niezrażona.
- Lauren! Ty nie rozumiesz! - wybuchnęłam.
Zaraz jednak się uspokoiłam. Nie powinnam mieć do niej pretensji, pomaga mi od samego początku. Jest moją przyjaciółką.
- Przepraszam...
- Nie szkodzi.
- Po prostu... Przyjechałaś tu i dowiedziałaś się o sobie wszystkiego, co chciałaś wiedzieć. Tymczasem ja jestem w zupełnie odwrotnej sytuacji... Wiem jeszcze mniej. To... nie chcę się tak czuć. Nie chcę...
- Już dobrze.... - Przytuliła mnie i nie puszczała, dopóki nie obiecałam, że spróbuję stawić temu czoła. I w końcu przestanę wypuszczać z siebie hektolitry łez, bo przecież one i tak w niczym nie pomagają...

***

Życie w zamku... mogłabym się do tego przyzwyczaić. Mieszkaliśmy tu nieco ponad miesiąc, a zdążyłam już poznać każdy zakamarek budynku. Często odwiedzałam kuchnię, gdzie pani Hanea, urocza starsza kobieta o intensywnie orzechowych oczach, często zostawiała mi coś słodkiego do przegryzienia po spacerze. Całymi dniami wędrowałam po miasteczku i okolicy. Pokochałam to miejsce za jego spokój i sielankowy nastrój. Wraz z pojawieniem się pierwszych gwiazd nadchodził chłód, który jednak znikał w ciągu dnia. W godzinach obiadowych temperatura dochodziła do trzydziestu stopni. 
Przechadzając się między kolorowymi straganami podczas sobotniego targu, rozmyślałam o przyjęciu organizowanym z okazji siedemnastych urodzin cudem sprowadzonych do domu książąt i księżniczki oraz mnie. Katherine, której historii nie znał chyba nikt na świecie. Inaya twierdzi, że ludzie, którzy podmienili mnie na potomkinię Arifa muszą coś wiedzieć i kiedy tylko ich znajdziemy, ona osobiście przeprowadzi przesłuchanie. 
- Świeże małże! Ośmiorniczki! Tanio! - wykrzyczał jeden z handlarzy tuż przy moim uchu, wyrywając mnie z zamyślenia.
Przyspieszyłam kroku, by jak najszybciej dotrzeć do południowej plaży. Byłam już niemal spóźniona na spotkanie z moim „niedoszłym rodzeństwem”. Czekali już na rozłożonych na piasku ręcznikach z koszem przygotowanych przez kucharki. 
- Przepraszam, ciężko było przedrzeć się przez ten tłum – powiedziałam, uśmiechając się.
- Dlatego woleliśmy wyjść wcześniej i iść lasem. - Lauren wytknęła język, a potem zabrała się do jedzenia ciasteczek z czekoladą.
Cała trójka trzymała się razem, zacieśniając rodzinne więzi. Rozumiałam to, dlatego wolałam się nie wtrącać. Tym bardziej, że czasami zapraszali mnie na pikniki albo wycieczki, żebym nie czuła się pokrzywdzona.
- Hm, a co z tą sprawą... no wiecie...? - zagadnął mnie Keith, jako że to właśnie ja nieustannie starałam się wyciągnąć od Inayi najnowsze informacje. Dziewczyna zdawała się mnie coraz bardziej nienawidzić za zawracanie jej głowy, jednak ciekawość była silniejsza ode mnie.
- Ina mówi, że nic nowego. Falco ciągle szuka newsów o jakichś dziwnych anomaliach, które mogłaby spowodować osoba z niestabilnymi mocami.
- Właściwie to na jakiej podstawie sądzi, że skoro nie masz mocy, to automatycznie nie możesz być naszą siostrą. W końcu mówiła, że zdarzały się takie przypadki.
- No tak, tylko że każde dziecko z rodziny królewskiej jest badane pod tym kontem. Czy ma w genach to coś. Wszystkie czworaczki miały. Ja nie.
Zapanowała chwila milczenia, równie niezręczna, co dołująca. W końcu przerwał ją Rex. 
- Czy to delfiny? - Popatrzył na ocean.
Do końca dnia nie poruszaliśmy tego tematu. Zajęliśmy się zabawą, bo tego właśnie potrzebowaliśmy najbardziej. Relaksu i chwili wytchnienia od problemów. Do zamku wróciliśmy późnym wieczorem. 
- Zajrzę jeszcze do kuchni.
- Okej, to do jutra.
- Pa...
Odprowadziłam ich wzrokiem, a potem odetchnęłam, mogącw końcu pobyć sama. Niespiesznym krokiem przeszłam przez kilka bram i korytarzy, by w końcu dostać się do sporego pomieszczenia z mnóstwem urządzeń. Pod ścianami poustawiano lodówki, piece, blaty, kuchenki i szafki z naczyniami, a na środku wielki blat, na których kucharki przygotowywały potrawy. Nikogo nie było już w środku, więc obsłużyłam się sama. Zrobiłam sobie herbatę, a do tego wzięłam jeszcze grzankę z serem, po czym udałam się w stronę swojego pokoju. 
Byłam mniej więcej w połowie drogi, kiedy przechodząc obok schodów usłyszałam kłótnię Inayi i Falco, dochodzącą z komnaty na wyższym piętrze. Pomyślałam, że to może mieć coś wspólnego z nami, więc cichutko weszłam na górę i zbliżyłam się do drzwi. 
- Taka była wola ojca, nie powinieneś się temu sprzeciwiać – warknęła, chociaż ciągle była opanowana.
- To już nie ma znaczenia. Poza tym, przecież ty i tak nie możesz mnie zrozumieć. Nikogo nie możesz. Nie masz uczuć, pamiętasz?
- Może i nie mam uczuć, ale mam zdrowy rozsądek. Jesteś odpowiedzialny za kraj, wiedziałeś o tym. Wiedziałeś, że któregoś dnia będziesz musiał objąć tron. Tym czasem co zrobiłeś? Zakochałeś się w mutantce? Tak Falco, to było bardzo uczuciowe. Brawo. Pomogło ci? Nie sądzę.
- Tata też ożenił się z miłości – odparł, a w jego głośnie dosłyszałam poważną niepewność.
- Oh, świetny przykład! - sztucznie się ucieszyła. - Wyszedł na tym wspaniale, nieprawdaż?
Nie wiedział co odpowiedzieć. 
- Falco... Nie chcę mieć w tobie wroga, a ty nie chcesz mieć ze mną na pieńku. Musisz zrozumieć, że to co ty chcesz, po prostu się teraz nie liczy. Nie możesz poślubić mutantki i koniec kropka. Powinieneś zainteresować się Katherine. Skoro już tu jest i nie ma co z nią zrobić...
Zachłysnęłam się powietrzem, ale w porę opanowałam się na tyle, by nie wykonać żadnego hałaśliwego ruchu, który mógłby zdradzić moją obecność. 
Chłopak parsknął śmiechem. 
- Wybacz, siostrzyczko, ale nie zamierzam zainteresować się Katherine. Jest inne wyjście.
W skupieniu oczekiwałam na to „inne wyjście”, kiedy Inaya jakby zrozumiała o co mu chodzi.
- Mówisz poważnie? - zapytała.
- Bardzo poważnie. 

niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 9

Popatrzyłam na nią z  mieszaniną przerażenia i zaskoczenia. Nie potrafiłam wymówić słowa. Dopiero po chwili uspokoiłam się na tyle, by móc wziąć głęboki oddech. Inaya cały czas stała tam bez ruchu i badawczo mi się przyglądała. 
- Ale... co teraz ze mną będzie...? - załkałam.
- Nie maż się, dziewczyno. - Wywróciła oczami.
Nie miałam chusteczek. Zaczęłam przeszukiwać kieszenie, ale ubrania były nowe... moim głównym problemem stał się brak chusteczki higienicznej. Na jej brak reagowałam coraz większą paniką, jakby z tego powodu miał się skończyć świat. Wtedy uświadomiłam sobie co się właśnie dzieje. Przecież ja nie mam nie tylko głupiego kawałka papieru. Ja nie mam niczego. Niczego! Nie mam nawet tożsamości! Nie mam rodziny, domu, niczego!
- Uspokój się! - warknęła.
Nie mogłam. Nie mogłam oddychać. 
Mocnym i zdecydowanym ruchem pociągnęła mnie za rękę i uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek. To przywróciło mi trzeźwość, ale nadal pogrążałam się w tym depresyjnym smutku. 
- Wdech i wydech... - powiedziała znacznie łagodniej.
Przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła, ale w tym geście nie było ani odrobiny sympatii. Ona była mi całkowicie obca. Nie znałam jej i nie lubiłam chłodu, który od niej bił. Złapała mnie za ramiona i odciągnęła od siebie.
- Wszystko jakoś się ułoży – odparła. - Jedno jest pewne. Musisz tu zostać.
- Zostać?... - pisnęłam, starając się w końcu powstrzymać płacz.
- Nie możesz wyjechać. Jeśli już raz tu przyjechałaś, nie ma mowy, żebyśmy pozwolili ci odejść.
Przez chwilę poczułam, że tracę swoją wolność. Jakby ktoś zamykał mnie w klatce. Złotej klatce... Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że to dobrze. Mam coś. Mam miejsce, gdzie jestem akceptowana i gdzie będę mogła pozostać, przeżywając kryzys egzystencjalny. Zastanawiało mnie jednak dlaczego panują tu takie zasady. Jednak nie dane było mi się tego dowiedzieć, ponieważ Inaya pociągnęła mnie w stronę zamku zanim zdążyłam ubrać pytanie w słowa. 

***

Zebraliśmy się w dużej, jadalnej sali. Stół był dość długi, mogło się przy nim zmieścić około dwudziestu osób. Wszystko było tutaj takie piękne, jednak nie potrafiłam się tym tak cieszyć, jak robiłam to jeszcze o poranku. Siedziałam nad talerzem z nietkniętą kolacją, wbijając długi widelec w pomidorki koktajlowe, jednak nie jedząc ani kęsa. Wszyscy już wiedzieli. Lauren siedziała obok mnie, Rex i Keith naprzeciwko, a na szczycie stołu Inaya oraz Falco. 
- Więc... co z waszymi rodzicami? - Zagadnęła blondynka. - Młodo wyglądacie.
- Ojciec nie żyje. Matka siedzi w więzieniu – spokojnie odpowiedziała Ina, po czym pociągnęła długi łyk soku ze swojej szklanki.
- Ah, przepraszam... - zawstydziła się.
- Nie szkodzi, to w sumie całkiem ciekawa historia – kontynuowała. - Mamusia by...
Falco popatrzył na nią morderczym wzrokiem, jednocześnie ostrzegawczo odchrząkując. Dziewczyna teatralnie westchnęła i odpuściła sobie jakiekolwiek wyjaśnienia rodzinnej historii. Reszta kolacji minęła w ciszy. Odpowiadało mi to, chociaż... może wolałabym przysłuchiwać się cudzej rozmowie, niż zadręczać się pytaniami. Skoro znaleziono mnie razem z nimi szesnaście lat temu... To musiało być celowe. Podmieniono mnie na tamtą dziewczynę? Ale po co? 
- Katherine, nic nie jesz... - Lauren spojrzała na mnie z politowaniem.
Pokręciłam głową. Nie chciałam nic mówić. Nie chciałam nawet tam być. 
- Mogę iść do pokoju? - zapytałam cicho, ledwo zdobywając się na odwage by w ogóle spojrzeć na Inayę.
Dziewczyna skinęła głową. 

Z głośnym zgrzytem odsunęłam krzesło i czym prędzej udałam się do siebie. Zgubiłam się kilka razy, jednak w końcu znalazłam drogę. Padłam na łóżko i ukryłam twarz w poduszkach. Ciche łkanie błyskawicznie przemieniło się w prawidzwą histerię. Nie mogłam znieść tego, że całe moje życie było jednym, wielkim kłamstwem i nikt, łącznie ze mną, nie miał pojęcia kim naprawdę jest Katherine. 

Rozdział 8

Kiedy się obudziłam, Lauren nie było już w pokoju. Natomiast na stoliku pod oknem leżała tacka z kanapkami i dwie szklanki z sokiem pomarańczowym. Nie było mowy bym potrafiła wytrzymać bez jedzenia choć minutę dłużej, więc od razu zabrałam się do śniadania. Poza tym... chyba bałam się stamtąd wyjść. 
Po godzinie oczekiwania na powrót współlokatorki zdecydowałam, że muszą wziąć sprawy we własne ręce. Ostrożnie otworzyłam drzwi i wyjrzałam na korytarz. Zerknęłam na zegar, który wisiał nad rzeźbionym portalem na jednym końcu. Wskazówka zatrzymała się na godzinie czwartej...
Wolnym krokiem, uważnie nasłuchując, ruszyłam w przeciwnym kierunku. Zauważyłam schody, prowadzące na dół, na plażę. Nie mogłam się powstrzymać i przyspieszyłam. 
Chwilę później spacerowałam już po niemalże białym, czystym piasku, powoli zbliżając się do wody. Znowu mogłam się poczuć zupełnie normalnie. Nie musiałam uciekać, bać się... To było miłe uczucie. 
Nie trwało jednak długo, ponieważ zauważyłam osobę, idącą w moją stronę. Tych czarnych skrzydeł nie mogłam pomylić z nikim innym. Inaya podeszła do mnie z rękami w kieszeniach jeansów i popatrzyła na fale, stojąc kilka metrów od brzegu. Nie odzywała się, więc i ja milczałam. W końcu zaczęłam się czuć nieswojo.
- Przepraszam, że wysz...
- W porządku – przerwała mi. - Martwi mnie inna sprawa.
Zerknęłam na nią, ale wciąż obserwowała wodę. Miała dziwny wyraz twarzy, trochę zamyślony, trochę gniewny, może też nieco uparty. 
- Hmm, jaka? - zagadnęłam, kiedy po kilkunastu sekundach wciąż nie rozwijała tematu.
- Nie masz mocy. To jest jakby... niemożliwe. Chyba, że ty... to tak naprawdę nie ty.
Gwałtownie podniosłam na nią wzrok pełen zaskoczenia. O co jej chodziło?... 
Uśmiechnęła się i skrzyżowała ręce. Po raz pierwszy odkąd tu przybyła spojrzała mi w oczy, ale jej spojrzenie było tak świdrujące, że nie potrafiłam go wytrzymać. 
- Falco wyjaśnił reszcie wasze pochodzenie. Jednak ty, ty nie jesteś jedną z nich. Jedną z nas – poprawiła się po chwili. - Coś nam umknęło i bardzo zastanawia mnie czy ty wiesz o czymś, o czym nie chcesz nam powiedzieć.
Nie wiedziałam jak zareagować. Co miała na myśli?! 
- Ale przecież... Rex mówił, że znaleziono nas tego samego dnia. Porzuconych i... ja naprawdę nie mam o niczym pojęcia. Jeszcze kilka dni temu nawet nie śniło mi się, że moi rodzice to federalni agenci! Jak możesz myśleć, że coś ukrywam! - wykrzyczałam, a moje kanaliki łzowe nie zawiodły i tym razem, obficie zalewając policzki łzami.
- Wierzę ci – powiedziała, gdy próbowałam ochłonąć. - Musimy się dowiedzieć wszystkiego.
- Powiedz mi to, co powiedziałaś reszcie. Proszę, bardzo chcę wiedzieć na czym stoję.
- Hah, nawet ja tego nie wiem. Nie mam pojęcia kim jesteś. Natomiast twoi... przyjaciele... są naszą rodziną. Dokładnie dziećmi wujka Arifa, czyli brata mojego ojca. Kilka miesięcy po ich narodzinach okazało się, że mamy w zamku szpiegów obcej narodowości – amerykanów. Zabrali dzieciaki, czworaczki, po czym ulotnili się zanim ktokolwiek zdołał ich powstrzymać. Nie wiedzieliśmy gdzie są, czy żyją. Dopiero kiedy dowiedzieliśmy się, że z wojskowej bazy uciekli obdarzeni nadludzkimi mocami nastolatkowie... wszystko stało się jasne. No może prawie wszystko. To miał być koniec problemów. Dzieciaki wróciły. Jednak okazuje się, że nie wszystkie. Nie wiem, co stało się z drugą dziewczynką, ale ty nią nie jesteś, więc musimy ją znaleźć.
Zatkało mnie. 

Rozdział 7

Dojechaliśmy do zamku. Nigdy wcześniej nie widziałam na żywo takiego miejsca, a więc teraz robiło na mnie ogromne wrażenie. Nawet odechciało mi się spać, kiedy wysiedliśmy z samochodu i żwawym krokiem przemierzaliśmy dziedziniec w drodze do potężnych, zdobionych wrót. 
Inaya prowadziła nasz pochód, zaś jej brat – Falco, zamykał go, bawiąc się telefonem. 
Dostaliśmy się na Główny korytarz, który w zasadzie bardziej przypominał balkon. Po lewej stronie znajdowały się drzwi do pokoi, po drugiej balustrada i widok na plażę. Nie mogłam oderwać wzroku od intensywnie niebieskiej wody... Dopiero kiedy się potknęłam odzyskałam przytomność umysłu. Lauren pociągnęła mnie za rękę i teatralnie westchnęła, co trochę ostudziło mój zapał do rozglądania się nie tam gdzie trzeba. Skupiłam się na posadzce. 
- Jeden dla panów... - Inaya otworzyła drzwi, a potem podeszła do następnych i je także rozwarła na szerz. - I jeden dla pań. Odświeżcie się, za dwadzieścia minut ktoś przyniesie wam coś do jedzenia. Poprosiłam by przygotowali jakieś ubrania, ale rozmiary pewnie się nie zgadzają. No zobaczymy. W każdym razie kiedy zjecie coś ciepłego, będziecie mogli w końcu się wyspać – powiedziała, zanim się rozeszliśmy.
- A co z wyjaśnieniami? - Keith zapytał twardym tonem. Skrzyżował ręce i popatrzył na nią groźnie.
Poprawiła skrzydła i uśmiechnęła się w dziwny, złośliwy sposób. 
- O wszystkim, no może prawie wszystkim, dowiecie się w swoim czasie. Naszym zadaniem jest utrzymać was przy życiu, więc pozwól, że tym właśnie się zajmiemy.
Falco uznał rozmowę za skończoną, więc ruszył przed siebie. Po chwili dogoniła go Ina, a my jedynie wymieniliśmy spojrzenia, zgadzając się z tym, że przede wszystkim musimy odpocząć. 

***

- Zajmuję łazienkę! - krzyknęła Lauren, kiedy tylko zamknęłam za nami drzwi.
W sumie... pasowało mi to. Miałam chwilę, by pozachwycać się naszym pokojem. Chociaż prawie wcale nie urządzony – prezentował się niesamowicie! Ściany i posadzka zrobione były z dziwnego, jasnobrązowego kamienia. Wszystko w pomieszczeniu było starannie zharmonizowane.  Pod ścianą stały dwa solidne i duże łóżka z mnóstwem uroczo ułożonych poduszek. Świeża, biała pościel została przykrywa futrzanymi kocami. Usiadłam na jednym z nich i pogłaskałam materiał. Pewnie nie uległabym pokusie położenia się i wtulenia w niego, gdyby nie okno. Wielkie okno, za którym miałam widok na część miasteczka oraz wspaniałe jezioro. 
Przez kilka minut badałam wzorkiem okolicę. W końcu usłyszałam, że prysznic przestał działać, więc domyśliłam się, że Lauren zaraz wyjdzie. Nie nastąpiło to aż tak szybko...
- Ona mówiła, że mamy jakieś nowe ciuchy? Rozejrzysz się? - zapytała, wychylając się z łazienki w ręczniku.
Nie leżały nigdzie na wierzchu... Najlogiczniejszym wyborem była szafa i jak się okazało był to strzał w dziesiątkę. Dwie proste sukienki, kilka pras spodni, koszulki, swetry. Wybrałam coś i zaniosłam blondynce. 
Później sama mogłam się w końcu umyć. Dopiero gdy weszłam pod prysznic obejrzałam pomieszczenie. Bardzo ładne i bardzo... białe. Szampon o zapachu mango zdecydowanie poprawił mi humor. Ubrałam się i dokładnie wytarłam włosy. W wyposażeniu nie było suszarki. 
Lauren zasnęła, więc cichutko wślizgnęłam się do swojego łóżka, zagłębiłam w tych wszystkich mięciutkich poduszkach, przykryłam puszystą pierzyną... Poczułam się szczęśliwa i bezpieczna. 

sobota, 14 marca 2015

Rozdział 6

Inaya i Rex oddalili się by porozmawiać. Keith stał oparty o maskę samochodu, w którym siedziałam razem z Lauren. Blondynka podała mi  połowę snickersa, które znalazła w schowku. Co prawda był przeterminowany, ale tylko o dwa dni, więc zdecydowałyśmy się zaryzykować. 
Minęło kilka długich minut zanim Rex do nas wrócił. Miał dziwną minę i sama nie byłam pewna co to oznacza. Milczał aż do momentu, w którym wyjął kluczyki ze stacyjki i kazał nam opuścił auto. Posłusznie stanęłyśmy na płycie lotniska, cały czas bacznie go obserwując. Keith wywrócił oczami i pchnął go ze złością.
- Możesz nas w końcu poinformować co się dzieje? - warknął, kiedy już zwrócił na siebie uwagę bruneta.
- Lecimy z nią – odparł, zamykając samochód.
- Co?... Jak to?! Nie znamy jej! Jak możesz decydować za nas wszystkich!? - nie poddawał się. Keith był naprawdę zdenerwowany i wszczęcie bójki było jedynie kwestią czasu. Nie bardzo wiedziałam co zrobić, a Lauren także nie kwapiła się do złagodzenia sytuacji.
Wtedy pojawiła się ta dziewczyna, Inaya. Podeszła do nas ze stoickim spokojem i silnie złapała blondyna za rękaw kurtki, po czym odciągnęła go na bok. 
- Nie możemy je zaufać, ale ona coś wie i na bank nie trzyma z tamtymi, więc trzeba to sprawdzić, jasne? - szepnął z rozdrażnieniem Rex, korzystając z tego, że tamci nas nie słyszą.
Wymieniłam spojrzenia z równie niepewną Lauren i obydwie skierowałyśmy się w stronę niewielkiego samolotu osobowego. Drzwi były otwarte, prowadziły do nich schodki. Kiedy tylko przekroczyłyśmy próg, zapaliło się światło. Obejrzałam się za siebie. Chłopak szedł zaraz za nami, a pozostała dwójka poważnie rozmawiała o czymś na zewnątrz. Objęłam się ramionami, nie wiem już sama czy bardziej ze strachu czy z zimna. Wieczór był chłodny. 
Lauren przeszła się między dwoma rzędami foteli obitych skórą. Wszystko było tu takie... eleganckie i nieskazitelne. Lampki emitujące delikatne, białe światło tylko potęgowały ten efekt. Dziewczyna zajęła miejsce na jednym z dalszych siedzeń. Dołączyłam do niej. Rex trzymał się blisko, ale nie wolał wybrać przeciwny rząd, skąd miał lepszy widok na zamkniętą kabinę pilota. Krótko po tym do maszyny wszedł nieco przygaszony Keith. Inaya pojawiła się dopiero po kilku sekundach. Wielkie skrzydła widocznie utrudniały jej przechodzenie przez drzwi... Kiedy już szczelnie zamknęła śluzę, zapukała do wrót kokpitu. Skuliłam się na fotelu, słysząc jak otwierają się zasuwy i skrzypią zawiasy. Z małego pomieszczenia wyjrzał chłopak z jasnymi, potarganymi włosami i dziwnie niepokojącymi, ciemnymi oczami. Omiótł nas spojrzeniem i zaprosił brunetkę do środka. Kilka minut później głos Inayi, dochodzący z głośników, poprosił nas o zapięcie pasów. Wystartowaliśmy. Zrobiło się cieplej, ale wciąż drżały mi dłonie. Chyba już nigdy nie przestanę się trząść... Lauren przyjaźnie szturchnęła mnie ramieniem i uśmiechnęła się. 
- Będzie dobrze.
Chciałabym móc w to uwierzyć. 

***

Musiałam przysnąć... Obudziło mnie wyjątkowe ostre słońce. Nie potrafiłam otworzyć powiek, dopóki nie przykryłam ich dłońmi. Lauren poprawiła się na fotelu, przez cały czas blokowałam jej ramię. Chyba nie chciała mnie obudzić. Po chwili przyzwyczajania się do światła popatrzyłam na widok za oknem. Przestraszyłam się widząc wodę. Tylko woda... 
- To ocean? - zapytałam z zaskoczeniem. - Grze jesteśmy?...
- Ina nie chce nic mówić. Twierdzi, że nie mogłaby zapewnić nam bezpieczeństwa, jeśli będziemy znali położenie „miejsca docelowego”... - swoją wypowiedź Lauren zwieńczyła efektownym prychnięciem.
- Miło było was znać. Wywożą nas gdzieś... Zobaczycie, że wpadliśmy jak te...
- ...śliwki w kompot? - przerwał Keithowi Rex. - Czasami trzeba zaryzykować.
Nie byłam pewna czy w tym przypadku to ryzyko wyjdzie nam na dobre. Nie znaliśmy tych ludzi. Jednak z drugiej strony... ona ma skrzydła.
Na horyzoncie pojawił się ląd. To była naprawdę duża wyspa, w której centrum znajdowało się miasto. Trochę dalej znajdował się niesamowity zamek... Nie mogłam oderwać wzroku od tej majestatycznej budowli. Pilot usadził maszynę na małym lotniku niedaleko zabudowań. Zadrżałam, gdy Inaya otworzyła drzwi, a wnętrze napełniło się zimnym powietrzem. Wyczuwałam dziwny, egzotyczny zapach.
- Chodźcie – powiedziała.
Nie bardzo mając wybór wstaliśmy z miejsc i udaliśmy się za nią. To miejsce było naprawdę piękne. Sprawiało, że przez chwilę mogłam zapomnieć o tym, co wydarzyło się ostatnio w moim życiu. Morska bryza, mewy, latające nad naszymi głowami, wschód słońca... Żwirową alejką, która wychodziła z lasu, czy może trafniejszym było by określenie tego dżunglą, wyjechał terenowy wóz z odsłoniętym dachem. Za kierownicą siedział starszy człowiek z zauważalnymi zakolami. Był ubrany w eleganckie ubrania, w tym czarną marynarkę. Zatrzymał się kilkanaście metrów od samolotu, z którego zdążyliśmy już wyjść z komplecie. 
- Jak dobrze widzieć panienkę w domu – powiedział ojcowskim tonem. - Proszę książęcej mości – zwrócił się do pilota, wskazując auto - kucharki czekają ze śniadaniem.
Chłopak skinął głową i zaprowadził nas do samochodu, gdy Inaya wymusiła uśmiech. Mężczyzna stanął prosto jak struna, po czym delikatnie się ukłonił. Kiedy ruszyliśmy w stronę, z której wcześniej nadjechał, wszedł do samolotu. 
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to jakich słów użył. „Książęca mość”? Co to miało znaczyć? Nie miałam siły by nad tym pomyśleć... 

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 5

Wynajęliśmy jeden czteroosobowy pokój. To było najtańsze rozwiązanie, a my mieliśmy tylko to, co Rexowi udało się ukraść. Dwa dwuosobowe łóżka okryto wściekle różowymi kocami... Usiadłam na fotelu pod oknem, czekając na swoją kolej w łazience. Starałam się nie zasnąć, jednak byłam tak zmęczona, że w końcu zamknęłam oczy i odpłynęłam do krainy snów. 
Nagle obudził mnie hałas... To było jak potężne uderzenie czymś twardym o drzwi. Zerwałam się na równe nogi, a Lauren i Keith stali już pod ścianą, nasłuchują. Na korytarzu rozniosły się szybkie kroki ciężkich butów. 
- Znaleźli nas! - spanikowała blondynka.
Złapałam się szafki, aby nie osunąć się na podłogę ze strachu. Byli coraz bliżej, a my nie mieliśmy żadnej sensownej drogi ucieczki. Żałowałam, że w ogóle uciekłam. Pomyślałam, że teraz będzie gorzej, ponieważ są na nas wściekli za to co się stało. Chciałabym wyjść z pokoju i poddać się, ale nie potrafiłam zrobić choćby kroku.
Rex wyskoczył z łazienki i bez zastanowienia otworzył okno.  Wyjrzał na podwórko, oceniając odległość. To było trzecie piętro.
- Nie tak źle, lecimy!
Pozostali oświeceni tym pomysłem zebrali się przy parapecie. Lauren wyprosiła by być pierwszą, używając telekinezy jakoś sobie poradziła. Dalej był Keith. To trwało zaledwie kilka sekund. Tamci już ustawiali sprzęt przy drzwiach... Popatrzyłam na Rexa, zawstydzona tym, że znowu trzeba mnie ratować bo nie mam mocy. Nie wyglądał na rozzłoszczonego, bardziej martwił się o to, czy poradzi nas oboje. Kazał mi skoczyć i obiecywał, że mnie złapie, ale coś powstrzymywało mnie przez zaakceptowaniem tego. Nie mogłam mu aż tak zaufać. Wiedziałam, że działanie tych zdolności nie zależy w stu procentach od niego. 
- Katherine, pospiesz się! - warknął w końcu.
Nie miałam tyle odwagi by się mu sprzeciwić, dlatego wskrobałam się na drewniany parapet, ale gdy popatrzyłam w dół stwierdziłam, że bardziej boję się wysokości niż kosmity. 

***

- Falco! - krzyknęła wysoka brunetka do słuchawki w uchu. Pokręciła głową, robiąc porządek z grzywką i przeładowała pistolet. Ostrożnie zerknęła na to, co dzieje się przy drzwiach hotelu, wychylając się zza ściany.
- Dobra, dobra... Już mam, siostrzyczko. Musisz się pospieszyć, zaraz wyważą drzwi – odpowiedział, mówiąc nienormalnie szybko. Jednak dziewczyna zdołała go zrozumieć bez problemów.
Wyszła na dziedziniec i oddała dwa szybkie strzały do pary strażników, pilnujących wejścia. Nie zdążyli nawet zareagować, gapiąc się na jej ogromne, czarne skrzydła.  
Weszła do budynku i pobiegła schodami na górę. Ciesząc się z efektu zaskoczenia zastrzeliła pozostałych najemników, którzy przygotowywali się do wejścia i porwania czterech uciekinierów. Upewniła się, że wszyscy nie żyją i użyła ich sprzętu, by dostać się do środka. W pokoju nie było już nikogo, a wyjaśnienie tego zjawiska nadeszło wraz z podmuchem wiatru, który podniósł firankę i ukazał otwarte okno. 
- Uciekli – powiedziała, przyciskając palec do guziczka w słuchawce.
- Okeeeej, zaraz ich znajdę. Powiemy im, że mają chipy namierzające?
- Nie, może za jakiś czas.
- Kierują się na północ, muszą jechać samochodem, bo poruszają się dość szybko. Włamie się do satelit, ale goń ich już.
- Jasne.
Dziewczyna wyskoczyła na świeże powietrze, rozwijając skrzydła. Szybko rozwinęła prędkość i po kilkunastu minutach kierowania się wskazówkami brata odnalazła czarną hondę, pędzącą pustą drogą. Uśmiechnęła się pod nosem i wylądowała na dachu. Natychmiast wyciągnęła się i wbiła w maskę dwie duże, elektryczne igły. Dzięki nim Falco dobędzie kontrolę nad pojazdem. 

***


Skuliłam się na siedzeniu i popatrzyłam w górę. Nie widzieliśmy co się dzieje, na dachu ktoś był. Pojawił się znikąd! Rex nie mógł poradzić sobie z autem, a w przedniej części pojazdu utkwiły dziwne urządzenia, świecące rażącym blaskiem. 
- No jasna cholera! - krzyknął, desperacko kręcąc kierownicą.
Samochód jechał jak chciał, zachowywał się jak zbuntowany wierzchowiec. Nagle gwałtowanie skręciliśmy na pobocze i przecięliśmy ogromną łąkę z wielką prędkością. Umierałam ze strachu, a gdy popatrzyłam na Lauren byłam pewna, że ma takie same wrażenia z tej przejażdżki. Jedynym plusem było to, że poruszaliśmy się prosto. Rex, nawet kiedy chciał, nie potrafił zakręcić. Kierownica nie reagowała. A na dachu wciąż wierciło się jakieś stworzenie...
- Co do...
Wjechaliśmy na małe, opuszczone lotnisko. Nie było tu żadnego budynku, a jedynie pas startowy i niewielki, biały samolot ze złotym napisem „Libretta die Atlantis”. Auto zatrzymało się tak gwałtownie, że poczułam zjedzoną na kolację drożdżówkę w gardle. 
Przez kilka sekund panowała pełna napięcia cisza. Czekaliśmy na ruch pasażera na gapę, a on najwyraźniej oczekiwał tego samego od nas. W końcu zeskoczył z dachu i stanął przed maską. Było zupełnie ciemno, ale światło reflektórów pozwoliło nam dojrzeć twarz osobnika. To była młoda kobieta z czarnymi włosami i grzywką, w czarnym stroju i z... czarnymi skrzydłami?
- Boże... czy ona ma... - zaczął Keith, ale zanim zdołał dokończyć dziewczyna energicznym krokiem podeszła do drzwi kierowcy, które się odbezpieczyły, i odtworzyła je. Nasze pasy także samoistnie się odpięły...
- Wychodźcie. Musimy uciekać – powiedziała głosem wypranym z emocji.
Byłam zbyt przerażona by spełnić jej prośbę. Cała drżałam i prawie nie oddychałam.
- Kim, do diabła, jesteś?! - wykrzyczał Rex, zaciskając dłonie w pięści. Nikt nie ruszył się z miejsca.
- Mam na imię Inaya. Nie bójcie się mnie. Wszyscy jesteśmy tacy sami... jeśli wiecie co mam na myśli. 

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 4

Odczepiliśmy spadochrony i zdjęliśmy uprzęże. Wszystko dokładnie złożyliśmy i schowaliśmy pod skałami. Gdyby ktoś przelatywał nad polaną i zobaczył gigantyczne, czarne płachty, mógłby się tym niepotrzebnie zainteresować. Ruszyliśmy na zachód, czyli tam, gdzie powinni się znajdować Lauren i Keith.
W milczeniu przedzieraliśmy się przez las, nienaruszony przez działalność człowieka. Na ledwo dostrzegalnych ścieżkach widać było jedynie ślady zwierząt.
- Co dalej? - zapytałam, gdy już zebrałam się na odwagę by zacząć z nim rozmowę.
- Póki co musimy znaleźć resztę, a potem... zobaczymy. - Ciężko westchnął.
Dopiero podczas tej wędrówki zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem głodna. Nie jadłam nic od śniadania, a słońce powoli zachodziło już za horyzont. To oznaczało coś jeszcze – zaraz nadejdzie noc. Noc w samym sercu lasu, bez namiotów, jedzenia i sprzętu nie mogła być miłą przygodą. Chciało mi się płakać na samą myśl o tym, ale wystarczająco bardzo wstydziłam się akcji w samolocie...
Zatrzymał się. Prawie na niego wpadłam, ale w porę złapałam się drzewa. Niebo pokryło się już odcieniami szarości, więc widoczność była ograniczona. Wyostrzył nam się słuch. To był dźwięk jaki wydaje ktoś, kto właśnie nieostrożnie przeszedł po pełnej szyszek drodze. Miałam szczerą nadzieję, że to jakiś niewielki zwierzak. Skuliłam się przy sośnie, oddychając bardzo powoli.
Chłopak w zwolnionym tempie podniósł z ziemi solidny kij i rozejrzał się po okolicy. Ten dźwięk się już nie powtórzył. Natomiast po lesie rozniosło się głośne i piskliwe„nożesz kurde!” w wykonaniu Lauren. Odetchnęłam z ulgą.
- Żyjesz?! - krzyknął mój towarzysz.
- Nie zupełnie – jęknęła z odległości mniej więcej stu metrów.
Ruszyliśmy w jej kierunku. Widok dziewczyny w spadochroniarskich umundurowaniu z koniuszkiem gałęzi przebitym przez brzuch nie był czymś, czego w tamtej chwili potrzebowałam. Powstrzymałam mdłości. Starałam się unikać patrzenia w tamtą stronę, ale to nie było łatwe. Sama Lauren miała rozmazany od łez makijaż i przesiąkniętą krwią koszulkę i spodnie.
- Rex? Katherine? To wy? - zapytała, mrużąc oczy.
Ciemność nie ułatwiała jej rozpoznania twarzy.
- Tak, nie ruszaj się. - Chłopak odrzucił kij i szybko do niej podszedł by obejrzeć ranę. To chyba nie wyglądało dobrze.
Podeszłam bliżej i przyjrzałam się temu, chociaż chyba nie powinnam...
- Musimy cię stąd ściągnąć...
- To boli...
- Wiem, ale nie ma wyjścia. Na trzy. Raz... - Złapał ją za ramiona.
- Nie! Nie... Daj mi chwilę...
Westchnął. Po kilku sekundach spróbował ponownie i tym razem zignorował jęki dziewczyny. Tkwiła tam od kilku godzin, nie wytrzymałaby by już długo... Krzyknęła z całej siły, kiedy gałąź wysuwała się z jej ciała. Kiedy była już wolna, rozpłakała się z bólu, a Rex mocno ją przytulił. Nie wiedziałam co powinnam zrobić, więc tylko stałam tam i patrzyłam.
Zrobiliśmy dla niej nosze z gałęzi, nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt długi odpoczynek. Szliśmy dalej, choć dużo wolniej. Zrobiło się bardzo ciemno i ciężko było znaleźć drogę, ale dawaliśmy sobie radę.
Pół godziny później znaleźliśmy Keitha który wyszedł nam naprzeciw. Po skoku bezpiecznie wylądował i od razu ruszył na poszukiwania reszty grupy. Zatrzymaliśmy się pod rozłożystym dębem, by odsapnąć.
- Co dalej? - zapytał brunet. - Samolot na pewno się gdzieś rozbił i nawet jeśli w promieniu iluś tam mil nie ma żadnego domu, to i tak niedługo wypatrzą go samoloty czy ktoś tam...
- Przede wszystkim: wydostańmy się z lasu. Znajdziemy jakieś miasto, cokolwiek, i zorientujemy się w sytuacji.
- Jak się czujesz? - zapytałam, widząc, że Lauren wykrzywia twarz mocniej niż przez ostatni kwadrans.
- Goi się – odpowiedział za nią Rex, a widząc moje zdziwione spojrzenie, wyjaśnił: - kolejna zaleta bycia... no wiesz, nami. Rany się goją. Może nie w zastraszającym tempie i to cholernie boli, no ale jednak.
Cicho westchnęłam. Nie miałam pojęcia kiedy będę mogła się pochwalić samoregenerującym się ciałem, ale chyba powoli zaczynałam tego naprawdę chcieć. Po kilku minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Strasznie bałam się nocnych dźwięków, ale starałam się to ukrywać. Chyba dobrze mi szło.
*
Nad ranem nie czułam już nóg. Przez całą noc szliśmy i tylko czasami przystawaliśmy na złapanie oddechu. Lauren mogła już swobodnie chodzić, a po ranie nie został nawet drobny ślad.
Koło południa las zaczął się przerzedzać, a godzinę później zobaczyliśmy coś pięknego – małe miasteczko! Nie sądziłam, że kiedykolwiek ucieszy mnie taki prozaiczny widok, ale w tamtym momencie mogłam skakać ze szczęścia. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu.
- Pewnie nas szukają... - powiedziała Lauren. - Myślicie, że rozesłali jakieś listy gończe czy coś?
- Może pokazują zdjęcia w telewizji. Tym bardziej, że myśliwiec musiał rozbić się niedaleko.
Zapanowała chwila milczenia, którą przerwał Rex.
- Pójdę sam i spróbuję zwinąć ze sklepu ile się da. - Założył kaptur kurtki na głowę i zanim zdążyliśmy zareagować, zbiegł po stoku.
- Ma racje, jeśli szukają to całej czwórki, jeden obcy może nie zwróci aż takiej uwagi...
Mniej więcej po piętnastu minutach, chociaż bez zegarka ciężko ocenić czas, blondynka niespokojnie drgnęła, a potem wstała z klęczek.
- Chce żebyśmy zeszli i skierowali się w stronę drogi, zdobył samochód.
Keith natychmiast podniósł się z ziemi i i ruszyli, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że nie idę razem z nimi. Popatrzyli na mnie.
- Jak ci to powiedział? - zapytałam, choć się domyślałam. - Nie było mowy o żadnej telepatii... - Nerwowo skrzyżowałam ręce.
- Nie używaliśmy jej wobec ciebie, nie martw się, a teraz chodź, bo tracimy czas. - Keith uznał rozmowę za skończoną i tylko bardziej przyspieszył.
Chcąc nie chcąc musiałam trzymać się blisko.
Zauważyliśmy czarną hondę, stojącą na poboczu jakiś kilometr od miasteczka. Rex otworzył nam drzwi i czym prędzej ruszyliśmy w drogę... nikt z nas nie wiedział dokąd właściwie ona prowadzi.
Z tyłu, gdzie siedziałam z Lauren, znajdowało się kilka drożdżówek i butelka wody, a także dwie farby do włosów i jakieś narzędzia.
- Jesteś niezły w te klocki – przyznała blondynka, przeglądając rzeczy.

Bak był pełny, więc nie musieliśmy martwić się benzyną. Pędziliśmy na wschód, w drodze delektując się zdobyczami. Kiedy zaczęło się ściemniać, zatrzymaliśmy się w najbliższym mieście – Davenport w stanie Iowa. Rex zostawił nas przed tanim pensjonatem, a sam pojechał ukryć auto.